środa, 12 października 2016

Creme de la creme

Wracałam nocą taksówką do domu. W ciszy, z ustami fioletowymi od czerwonego wina. Obserwując świat przez własne odbicie w szybie taksówki. 
Wiesz, samoświadomość to bardzo niebezpieczne i bardzo modne słowo. Niebezpiecznie kuszące. Wielkie, wypukłe i dostojne. Być świadomym samego siebie to znaczy poznać siebie od podszewki.  A to zmusza do postawienia siebie w centrum wszechświata. Nie chwilowo. Poznawanie jest przecież procesem. Wymaga czasu, uwagi, energii, eksperymentów, teorii, założeń, wniosków i w końcu pisanych na nowo definicji. A jeżeli jest się dynamicznie eksperymentującym ze sobą samym centrum wszechświata, to siłą rzeczy jest się też dynamiczną siłą, intensywnie oddziałującą na to, co krąży dookoła. Wszystko co krąży wokół staje się więc częścią mniej lub bardziej udanych eksperymentów. Prywatnym laboratorium. Materiałem, który musi zostać zużyty, by teoria mogła zostać potwierdzona lub obalona. Wszystko w imię wyższego dobra, jakim jest osiągnięcie przez centrum stanu samoświadomości i w efekcie samospełnienia. Czasem tylko zdarza się, że przy okazji całe laboratorium pójdzie z dymem. Ale kto by się tym przejmował. Unia na pewno odpowiednio dotuje tak ważne projekty.