sobota, 23 maja 2015

El zapato esta sobre la mesa.

- Najbardziej wdzięczna jestem za to, że nikomu nie musiałam się tłumaczyć ani nikogo przekonywać. Że ani razu nie padło: "ale może powinnaś to jeszcze przemyśleć" albo "nie podejmuj pochopnych decyzji" albo "jesteś pewna?".
- A jesteś?
Uśmiechnęłam się tylko wymownie.
- Cholera! Skąd wy wiecie czego chcecie?! - G. odchyliła się na krześle i założyła ręce za głowę. Najwyraźniej nie oczekiwała od nas racjonalnej i logicznej odpowiedzi, za co w gruncie rzeczy byłam jej wdzięczna. Nigdy wcześniej nie zrobiłam czegoś równie szalonego, spontanicznego i nieracjonalnego. I nigdy nie byłam jeszcze tak pewna tego, co robię. Ciekawa mieszkanka bardzo przeciwstawnych uczuć w całkiem stabilnej postaci. Takie odkrycie zdecydowanie wymaga dalszych badań i inwestycji.  

wtorek, 5 maja 2015

xochitl‏ znaczy kwiat

B. siedziała po turecku na podłodze, co jakiś czas wzdychając ciężko i przerzucając bez przekonania kartki kolejnych książek. Miała na sobie zwiewne kolorowe spodnie, okulary przeciwsłoneczne i całą kolekcję wakacyjnych plecionych bransoletek na nadgarstku. Innymi słowy B. całą swoją postawą i ubiorem manifestowała wyraźnie, że zdecydowanie bardziej wolałaby siedzieć teraz po turecku gdzieś na otwartej przestrzeni - sącząc piwo, śmiejąc się ze znajomymi i potrząsając kolorowymi bransoletkami na nadgarstku.
H. przyjęła postawę mniej buntowniczą i metodą małych kroczków, rozdzielonych częstymi przerwami na łyk soku/ kontrolną wizytę na facebooku/ szybkie selfie/ zmianę pozycji z siedzącej na leżącą, brnęła uparcie do przodu w swojej intepretacji międzykulturowych negocjacji w biznesie.
Nadciągała burza. Chmury wisiały nisko nad miastem, powietrze gęstniało, a kolejne podmuchy wiatru trochę orzeźwiały atmosferę w tym naukowym letargu.
Złapałam się na tym, że zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią na kolejne z serii 1500 pytań z zakresu onkologii, od dłuższej chwili zastanawiam się, co ja tu właściwie robię. Z tą zmasakrowaną kolorowymi pisakami książką na kolanach. W sterylnym boksie bibliotecznym, przed monitorem buczącego komputera. I kiedy właściwie ostatni raz poddałam pod wątpliwość zasadność i przydatność tego, co robię? Kiedy ostatni raz stanęłam z boku i przyjrzałam się krytycznie swojej rutynie, zmodyfikowałam ją w odniesieniu do jakiegoś szerszego spektrum oczekiwań i planów na przyszłość?
Wracałyśmy z H. do domu. Burza wciąż nie nadeszła. A może przeszła gdzieś bokiem i nawet tego nie zauważyłyśmy? Opowiedziała mi o swoich maskach, karmieniu swoich pragnień - każdego po trochu i poszukiwaniu własnej ścieżki - takiej na której będzie chciała zostać na dłużej. Może na zawsze. Ja opowiedziałam jej o moim upartym i systematycznym dążeniu do pozostania na swojej, dawno wyznaczonej ścieżce. Nam obu przydało się chyba trochę dystansu i kontrastu. Świeże spojrzenie. Jak powietrze po burzy, która nie nadeszła. A może po prostu jej nie zauważyłyśmy.