niedziela, 30 listopada 2014

sold out

Najnowszy model lalki barbie będzie miał proporcje ciała zbliżone do normalnej kobiety, pryszcze, rozstępy i zmarszczki na twarzy. Wszystko po to by nie wpędzać małych dziewczynek w kompleksy i nie kreować w młodym wieku nieosiągalnych kanonów piękna. Ciekawe, czy ze sklepów z zabawkami wycofają też modele samochodów wyścigowych dla chłopców. Po co pozwalać dziesięciolatkom na ucieczkę w świat marzeń, skoro i tak w większości przypadków za kilkanaście lat będzie ich stać tylko na zakup używanego samochodu sprowadzonego z Niemiec? Zastąpmy więc czerwone ferrari jakimś rodzinnym modelem forda z fotelikiem dla dziecka i kratką dla psa. Może barbie z krótszymi nogami też w końcu się do niego zmieści. 

***

Mroźny niedzielny poranek. Gdyby S. spotkał mnie po drodze na wały, powiedziałby pewnie, że w tej kurtce i czapce wyglądam jak mały, biedny, zdyszany chłopiec. Zresztą S. prażył się pewnie tego dnia w pełnym słońcu na drugiej półkuli, po drugiej stronie równika... albo jeszcze smacznie spał, biorąc pod uwagę różnicę stref czasowych. 
Biegłam przez wały i pusty park, czując jak stopniowo przemakają mi rękawiczki, a twarz tężeje od mrozu tak bardzo, że mięśnie mimiczne i żuchwy po kilku kilometrach zupełnie odmówiły posłuszeństwa i pozostało mi biec dalej z miną szczerego zdziwienia, wydychając przed siebie kłęby pary. Biegłam, krusząc pod nogami zamarznięte liście. Wszystko wokół ucichło i zastygło w tym zimowym letargu, tylko wrony szybowały wśród nieruchomych gałęzi drzew przyglądając mi się z daleka z równie szczerym zdziwieniem. 

czwartek, 27 listopada 2014

Abraci

Dialogi prawdziwe:
- Wiesz, że Hans Kloss nie żyje?
- Mikulski? Słyszałam, w radiu mówili. Ile on miał lat?
- Chyba osiemdziesiąt pięć... widzisz...a ta świnia Brunner dalej się trzyma...

***

- To co ci teraz powiem... nie zrozum mnie źle, chciałabym po prostu zwrócić ci na coś uwagę.
- To już od początku brzmi źle...
- Po prostu jesteś ostatnio potwornie pesymistyczna. Epatujesz pesymizmem, wydzielasz go do otoczenia. Każdą sytuację przedstawiasz od tej najgorszej strony, skupiasz się tylko na negatywnych aspektach. Zrozum, to ty kreujesz świat dookoła siebie, jeżeli będziesz postrzegać go tak źle, to on będzie zły. Musisz zacząć od zmiany nastawienia.

Przemyślałam, przeanalizowałam i ze względu na ograniczone fundusze postanowiłam podziałać na moje nastawienie najbanalniejszymi metodami społeczeństwa materialistyczno-konsumpcyjnego. Zainwestowałam w rossmanie w najbardziej tandetną "świąteczną" świeczkę zapachową, wyciągnęłam czajniczek do zielonej herbaty (ten na specjalne okazje), uzupełniłam pufę kulkami ze styropianu i wyjęłam z torby książkę od A. (Taką zwykłą. Niemedyczną. Nie po niemiecku). Akcję zmiany nastawienia i nastroju uważam za oficjalnie rozpoczętą.
A dla zrównoważenia tego przytulnie dusznego, cynamonowego, świątecznego nastroju:
"Alice Cooper. Najbrzydsza kobieta jaką znam."
Mroczne Cienie 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Du musst hupen!

Rozłożyliśmy się na sofach i fotelach - każdy z nosem w telefonie, każdy z butelką innego piwa. Zasłuchani w dźwiękach playlisty, wybranej specjalnie dla nas przez Spotify, specjalnie na dzisiejszy wieczór. Specjalnie po to by podstępnie nas uśpić. Nie mieliśmy już nawet siły podtrzymywać dalej rozmowy. Wystarczająco dużo niemieckiego, jak na jeden weekend. Dopiłam piwo do połowy i dopiero zdałam sobie sprawę, że znaczek na butelce nie wskazał jeszcze jego prawidłowej temperatury. Ignorantka ze mnie. Tak dawno nie piłam już piwa, że nawet przy tej nieodpowiedniej temperaturze smakowało jak marzenie i szybko wypłukało resztki porannych nerwów z głowy, zastępując je uczuciem słodko-mętnym, jakby lekko odległym i zdecydowanie lżejszym, niż te świeżo wypłukane nerwy. Można było podjąć przerwaną dyskusję od nowa. Mój język ogłosił własnie częściową autonomię,  niemiecka gramatyka i poprawna konstrukcja zdania zeszły gdzieś na dalszy plan, a tematy do rozmowy odnalazły się same, pomiędzy jednym a drugim łykiem pociągniętym łapczywie z dna butelki.


czwartek, 13 listopada 2014

Epiphany and homeostasis

A gdyby tak rzucić to wszystko w cholerę. Tak po prostu. Z miejsca. Pieprzyć strategie i konwenanse. Wstać z kanapy, dramatycznym gestem odrzucić koc i książki. Pojechać tak jak się stoi - w związanych włosach, skarpetkach nie do pary, bez pomalowania paznokci. Wydać wszystkie oszczędności na pierwszy lepszy samolot. Może być najdroższy, pieprzyć to. Może być z przesiadkami. Mogę siedzieć gdziekolwiek. A gdyby tak rzucić to wszystko w cholerę tylko po to by wykrzyczeć Ci w twarz...wszystko...jeszcze nie wiem co. Jeszcze nie wiem w jakim języku. Na filmach czasem tak robią. Z reguły działa. Z reguły kończy się dobrze. Taki punkt kulminacyjny, po którym następuje rozładowanie napięcia i wszyscy są z powrotem szczęśliwi. Przeszło Ci to kiedyś przez myśl? Mam nadzieję, że tak. Że przynajmniej raz. W przeciwnym razie moja chęć rzucenia wszystkiego w cholerę byłaby całkiem bezpodstawna i kretyńsko naiwna.
Na szczęście (chyba na szczęście) ten ciepły, miękki koc i książki zatrzymują mnie na kanapie odrobinę dłużej. Na tyle długo, by zdać sobie sprawę, że z tym to trochę jak na wojnie. A dobry dowódca wojenny to dobry strateg. Dobry dowódca dba w pierwszej kolejności o swoich wojowników. Potrafi odważnie walczyć w pierwszej linii do samego końca, ale wie również, kiedy wycofać się w porę, by nie ponieść niepotrzebnych strat. Dobry dowódca nie rzuca wszystkiego w cholerę, nie poddaje się chwilowym porywom emocji. A dobrym dowódcą nie zostaje się ot tak. Potrzeba lat praktyki, wniosków wyciąganych z każdego zwycięstwa i z każdej porażki. Czasem potrzeba też chłodnego pokoju i ciepłego koca by ostudzić nieco nagłą chęć rzucenia wszystkiego w cholerę i wstania z kanapy. 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Avanti!

Jeszcze dobrze nie usiadłam na kanapie, a kot już wpakował się na moje kolana ze swoim grubym, rozmruczanym, zimowym tyłkiem, wyraźnie zadowolony, że ktoś wreszcie wrócił do domu, napełnił miski i udostępnił swoje kolana do spania. Najwidoczniej wymiar poprzeczny kaloryfera okazał się niewystarczający w stosunku do wymiaru poprzecznego kota. Zasiedliśmy więc przed telewizorem szukając czegokolwiek sensownego i odprężającego w ofercie kilkuset kanałów. Serial, serial, reklama, reality show, znowu reklama, wiadomości, polityka, kolejne reality show, gotowanie, jeszcze jeden serial, telezakupy... ach, już sobie przypomniałam, dlaczego nie oglądam na co dzień telewizji!
Po kilku minutach intensywnych poszukiwań, stanęło na filmie przyrodniczym, który tylko potwierdził wcześniejsze podejrzenia mojej kompletnej destabilizacji psychicznej i nastrojowej w ostatnim czasie. Jeszcze nigdy widok pingwinów ślizgających się niezdarnie i upadających na lodzie, nie rozczulił mnie tak bardzo. Jeszcze nigdy nie miałam łez w oczach na widok taty pingwina, który wraca do swojego gniazda i po raz pierwszy spotyka swoje wyklute z jajka potomstwo. T, zawsze powtarzał, że za dużo telewizji robi dziury w mózgu. Najwyraźniej miał rację.

***

Wyjrzałam za okno, aby ponapawać się jeszcze efektem mojej kilkugodzinnej ciężkiej pracy z grabiami w ogrodzie. Po efekcie nie pozostało już ani śladu - liście jak leżały tak leżą, na drzewach pozostał jeszcze spory ich zapas. Czekają najwyraźniej, żeby spaść w kolejne turze na świeżo wysprzątany trawnik. Efektu brak, zakwasy pozostały, narodziła się nienawiść do ogrodnictwa.