sobota, 25 października 2014

Moc, energia, amfetamina

"Zostawiłam/em tam jakąś cząstkę siebie" - słyszę często od tych, którzy tak jak ja wrócili i tęsknią. 
Nie wiem czym jest ta magiczna "cząstka". Nie wiem na czym dokładnie polega tęsknota. Zostawiłam tam na pewno sporo odcisków moich palców. Jeszcze więcej włosów, śladów stóp, naskórka, kropli potu, kilka łez. Zostawiłam trochę jedzenia w lodówce, część moich notatek w pokoju D. Zostawiłam kilka drobiazgów, które ostatecznie nie zmieściły się do walizki. Za nimi tęsknię? Za moimi odłączonymi atomami zgubionymi gdzieś w przestrzeni daleko stąd? Widzisz, ja zawsze byłam tu. Zawsze w tym samym mieście. Chyba więc nigdy wcześniej za niczym tak naprawdę nie tęskniłam. Nie musiałam. A tęsknota jest jednym z tych skomplikowanych uczuć, które ciężko opisać czy chociaż przypisać jednoznacznie do kategorii: "negatywne/ pozytywne". Jak w przypadku każdego nowego uczucia, będę musiała nauczyć się przerabiać ją na coś przydatnego, wartościowego i trwałego. Nie cierpię marnować uczuć. Jeszcze nie wiem jak będzie smakować ani jaką będzie miała konsystencję. Jeszcze nie odgadłam czy lepiej będzie ją ugotować czy zamarynować, jak szybko się psuje i jak należy ją przechowywać. Na razie wiem, że wymaga ode mnie sporo pokory i cierpliwości - takiej długoterminowej, cichej i konsekwentnej. Na razie widzę też, że przyniosła odrobinę dystansu do świata, trochę nadziei i trochę nowej motywacji. Może więc ostatecznie okaże się nie taka gorzka, jak przewidywałam na początku. 
   

środa, 22 października 2014

"Dlaczego tlen jest toksyczny?"

Tegoroczny Nobel z dziedziny medycyny i fizjologii przyznano odkrywcom tzw. wewnętrznego GPS-a czyli komórek mózgowych odpowiedzialnych za orientację w terenie. Przynajmniej wiem już, jak nazywają się komórki, które w moim przypadku są niedorozwinięte. "Mam słabo rozwinięty układ komórek siatki w hipokampie" brzmi nieco majestatyczniej niż "myli mi się prawa i lewa strona i potrafię zgubić za pierwszym lepszym zakrętem".
Ale wiesz, myślę, że odkryłam w sobie coś znacznie cenniejszego. Taki mój wewnętrzny kompas. Najprostszy, ze strzałką wiecznie skierowaną w jednym kierunku. Żadne tam skomplikowane GPS-y, układy komórek, aplikacje, mapy czy wskazówki. Mój kompas jest banalny i idioto-odporny, niewymagający ani baterii ani akumulatora, ani wifi, ani aktualizacji, ani zakupu licencji, ani dostępu do sieci telefonicznej, ani nawet światła słonecznego czy instrukcji obsługi. Nie psuje się, nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności czy doświadczenia. Wystarczy pamiętać, że ma się go przy sobie. Nawet w samym środku tak zwanej ciemnej dupy, nawet jeżeli pomyli mi się prawa z lewą stroną, nawet jeżeli zgubię się na dobre - zawsze mam przy sobie strzałkę wskazującą uparcie ten sam kierunek. I chociaż na linii strzałka-horyzont nie widzę aktualnie żadnego konkretnego punktu ani celu, przynajmniej wiem, że idę bez celu po linii prostej, zamiast kręcić się w kółko. A to już spory postęp. Mocno wierzę, że ta strzałka dobrze wie, co robi.   

środa, 15 października 2014

Mejor pedir perdón que permiso

M. wpadła do sali jak zwykle uroczo zarumieniona na policzkach i jak zwykle w dobrym nastroju. Patrząc na jej uśmiech od samego wejścia, zastanawiałam się, jak ona to robi, ze już od samego rana jest rześka, kwitnąca i gotowa do działania. Mnie o tej porze dnia nie ożywia nawet radio włączone podczas jazdy na pełny regulator, a poranne prelekcje przed częścią ćwiczeniową zajęć rzadko kiedy wnoszą coś konstruktywnego do mojej edukacji. Z reguły po 20 minutach zdaję sobie sprawę, że tępo wpatrzona w jeden punkt na ścianie, odpłynęłam myślami do krainy radosnych bezmózgowców.  
- Ej, w macu rozdają dziś kawę za darmo.
- Jak to za darmo?!
- No za darmo. Do jedenastej chyba kawa nic nie kosztuje. Taka promocja.
- To idziemy!
- Nie zdążycie. Zostało 7 minut do prelekcji.
Obrzuciłyśmy A. wymownym spojrzeniem. Ale A. nie pija kawy więc niech będzie jej wybaczone. Dla mnie ta kawa mogła być ratunkiem na dzisiejszych zajęciach. Energiczny spacer do maca + dodatkowa dawka kofeiny! A prelekcja nie zając. Nie ucieknie. Wpadłyśmy na nią spóźnione, z czterema gorącymi kubeczkami w dłoni. Pociągnęłam spory łyk i skupiłam wszystkie dotychczas obudzone i uruchomione synapsy mózgowe na wyświetlanych slajdach. Żeby jednak nie trzymać szanownych Czytelników we wzrastającym napięciu, dodam od razu, że mój zapał do zdobywania nowej wiedzy nie potrwał zbyt długo. Podobno natężony wysiłek fizyczny z pominięciem rozgrzewki grozi kontuzją. Mam nadzieję, że ta zasada nie dotyczy komórek mózgowych. Tak czy siak - jak prawda (?) prelekcja prowadzona jest prawda (?) w taki prawda (?) sposób to ani spacer ani najlepsze chęci ani nawet ta prawda (?) darmowa kawa nie pomogą. Prawda?


piątek, 10 października 2014

Bochenek

- Dlaczego jest tyle piosenek o miłości? - zapytałam mamę, kiedy miałam może 5-6 lat.
- Bo to jest chyba to, co w życiu człowieka jest najważniejsze. To, czego szukamy i czego najbardziej potrzebujemy. Człowiek bez miłości jest nieszczęśliwy.
Wtedy, otoczona ze wszystkich stron miłością i uwagą rodziców i dziadków, nie do końca rozumiałam, dlaczego ludzie mieliby jej szukać, albo za nią tęsknić. Była przecież dookoła.
Dlaczego teraz o tym? Bo moja burza hormonalna wprawia mnie ostatnio w dziwnie refleksyjne nastroje. Bo dziś o 10.00 rano, w ten nieprzyzwoicie słoneczny, październikowy dzień, wysiadłam z samochodu razem z walizką pełną książek medycznych z poprzednich lat studiów. Sprzedałam je wszystkie błyskawicznie tłumowi przestraszonych "pierwszaków", studząc przy okazji nieco ich histeryczne nastroje. Nie, anatomia to nie koniec świata. Tak, da się przeżyć te studia. Nie, nie uczyłam się całymi nocami, nie umarłam, nic nie ćpałam, nie polecam.
Mój ostatni rok studiów. Naprawdę? To już? To ten moment, kiedy mogę nieśmiało podnieść paluszek w górę i zgłosić swoje plany, oczekiwania i pomysły na przyszłość? Nie tylko na kolejną sesję, albo to, co po niej, ale wyjrzeć ostrożnie gdzieś tam dalej, poza horyzont - na morze opcji i możliwości? Zadecydować sama i wypłynąć samotnie i samodzielnie na nowe wody?
Bo wczoraj wieczorem wracałam samochodem przez opustoszałe miasto. Słuchając nieśmiertelnych, wypłowiałych i sfatygowanych przebojów z radia (tak, właśnie o miłości), obserwowałam wielki nieruchomy księżyc wśród gałęzi drzew. Ceteris paribus czas ustalić nowe priorytety i cele. Te długoterminowe, te ważne i ważniejsze. Bez planu przecież ani rusz, prawda, M.?
    

wtorek, 7 października 2014

auf den Hund kommen

Byłam niezwykle irytującym dzieckiem. Przemądrzałym, popisującym się i szukającym nieustannie uwagi dorosłych. A na dodatek lubiłam dużo śpiewać. Nikt mi wtedy jeszcze nie powiedział, że nie powinnam. Powinni mi zabronić. Oszczędziliby tylu traumatycznych doznań sobie samym i mnie, oglądającej po latach stare rodzinne filmy. Oglądającej siebie "przez palce".
Jak wiele jest w stanie zapamiętać dwulatek? Trzylatek? Pięciolatek? Jak przepastna jest nasza pamięć, jak głęboko możemy schować nasze wspomnienia i czy damy radę kiedyś jeszcze odnaleźć je w nienaruszonym stanie? Ile obrazów i uczuć mogą przywołać stare filmy? Pamiętam moje zabawki, rysunki, meble i ubranka. Pamiętam, choć bez tych nagrań pewnie już nigdy nie przywołałabym ich z otchłani wspomnień. Pamiętam sytuacje, sceny, dialogi. Przeżywam na nowo uczucia, które im towarzyszyły. Jak w deja vu. Z rozbawieniem śledzę mimikę twarzy i zachowanie M. i T. - dobrze mi znane gesty, powiedzonka, mrugnięcia okiem - tak jakby czas w tym wypadku zatrzymał się w miejscu. Ze wzruszeniem słucham wierszyków z dzieciństwa i piosenek z przedszkola. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniły, pewne przetrwały w mojej pamięci uśpione przez lata, pewne odkrywam jako zupełnie nowe i...jakby nie moje. Pamiętam dobrze niski głos pana z kaset magnetofonowych, który czytał nam bajki na dobranoc. Nie pamiętałam głosu D.
  

czwartek, 2 października 2014

kawa z automatu

Dialogi prawdziwe:

- Zrobisz coś dla mnie? Kliknij na ten link, który ci wysłałam i "polub" marzenie z wielorybem.
- Co mam zrobić??
- To jest taki konkurs. Trzeba było opisać swoje marzenie z dzieciństwa i można wygrać gotówkę. Więc napisałam, że zawsze chciałam zobaczyć na własne oczy prawdziwego wieloryba. Klikniesz? Potrzebuję "lajków".
- E., ale to jest po polsku...
- No i co z tego? Wszystko ci napisałam, musisz tylko kliknąć. Nie niszcz mi moich marzeń tylko dlatego, że są po polsku!

***

- H., chodź, obejrzysz coś z nami!
- Co mam oglądać?
- Znaleźliśmy film, jak E. miała roczek! Chodź zobacz!
- Ale mnie wtedy jeszcze nie było na świecie.
- No dobrze, ale zobaczysz, jaka E. była malutka i jacy rodzice byli młodzi.
- Dramatów z kiepską obsadą nie oglądam.
badum-tsss!

***

Robienie sobie herbaty albo kawy w małym kubku zupełnie się nie opłaca. Przydałoby mi się "wiaderko" o pojemności co najmniej 400ml.  Zwłaszcza, że na wypadek jesiennej chandry, zaopatrzyłam się w waniliową kawę i cały zestaw herbat pachnących owocami, kwiatami, przyprawami - "samą chemią", jak mawia T., krzywiąc się na te nowe zapachy w domu. Zresztą jesienna chandra nadciąga nieubłaganie. Miasto z dnia na dzień szarzeje i coraz szczelniej opatula się szalikami i kołnierzami płaszczy. Kot z dnia na dzień coraz nachalniej domaga się moich kolan i coraz bardziej przypomina kształtem puchatą kulkę. Ogród znów jest pełen liści, a w parku i nad rzeką bombardują mnie spadające z drzew żołędzie. Tylko w radiu wciąż słychać jeszcze wakacyjne latynoskie hity. Dziwnie komponują się z szumem moich wycieraczek o poranku.