sobota, 21 grudnia 2013

Hi, Honey! I'm home!

Lot z Dortmundu do Wrocławia trwa godzinę i pięć minut. Wystarczająco dużo, żeby usiąść koło obcej osoby, rozpocząć miłą pogawędkę, po chwili wymienić się numerami telefonu a na koniec umówić się na założenie wspólnego biznesu. Tak też zrobiły dwie starsze panie, które niestety siedziały tuż za mną. Niestety, bo zamiast zdrzemnąć się chociaż chwilę, poznałam wszystkie tajniki i triki zakładania firmy, otrzymywania kredytu, realizowania swoich życiowych marzeń, rozpoczynania nowego życia i tym podobnych spraw. A kiedy już wszystko było ustalone, z nazwą firmy włącznie, okazało się że jedna pani jest zodiakalnym strzelcem, a druga baranem... i wszystkie plany w jednej chwili wzięło w łeb bo powszechnie wiadomo, że strzelec z baranem interesów robić nie może.
Tymczasem osobą, która chyba najbardziej ucieszyła się z mojego przybycia na lotnisko był pan taksówkarz. Nie ma to jak przejechać się o poranku przez całe miasto za ponad 100zł... H. otworzyła mi drzwi i wróciła do łóżka, T. też po chwili zasnął z powrotem, a M. realizuje się zawodowo, jak to zwykle w sobotę. Jak na razie tylko kot dotrzymuje mi towarzystwa, mrucząc jak szalony i zmuszając mnie do pisania jedną ręką. Drugą trzeba przecież głaskać i drapać za uchem.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Lebkuchengewürz

Siedzę przy biurku i spokojnie dopijam kawę, obserwując jak za linią czarnych, poplątanych gałęzi niebo pomalutku robi się ciemnoczerwone. Odkąd pamiętam, okna mojego pokoju zawsze wychodziły na wschód. Ale wschody słońca nigdy nie są takie same. Inne zimą, inne latem, tutaj też są inne niż te "domowe". Nad linią czerwieni rozwija się coraz szersza strefa żółto-beżowego nieba. Szykuje się kolejny pogodny dzień. Swoją drogą nie wiem, czemu nie mogłam spać i siedzę tu teraz z kawą przed oknem. Mój budzik zadzwoni dopiero o ósmej. Ciemnoczerwona strefa właśnie zmieniła się w krwistoczerwoną, nad nią cała gama barw - od żółtego, przez szarawo-fioletowy, aż to lekko przybrudzonego błękitu. Siedzę i obserwuję jak z sekundy na sekundę poszerzają się i mieszają ze sobą kolejne strefy koloru, jak zmieniają się odcienie, jak świat nabiera z powrotem kształtów i odzyskuje detale, które zagubiły się gdzieś w ciemności. Mój budzik właśnie dał o sobie znać. Czas obudzić się z tej nastrojowej zadumy z nosem przy szybie i zabrać się do roboty. Słońce wciąż jeszcze nie pokazało się na horyzoncie. Myślę, że specjalnie gra na zwłokę, buduje napięcie, bawi się kolorami, bawiąc się moim oczekiwaniem. Cóż, nie będe dłużej czekać. I tak trzeba będzie z powrotem zasunąć rolety, kiedy w końcu ukaże się na horyzoncie. Nie da rady czytać, kiedy słońce świeci prosto w oczy.


środa, 11 grudnia 2013

10 dni

Znów przerzuciłam się na bieganie po parku - takie moje szczęście - odkąd zapłaciłam za siłownię, codziennie świeci słońce i temperatura jest całkiem znośna. Mając więc do wyboru monotonną bieżnię, do której muszę się najpierw doczołgać u-bahnem lub pusty, słoneczny park za oknem - z reguły nie waham się zbyt długo. Opatentowałam już nawet metodę wydłubywania kamieni i czyszczenia cifem podeszew moich adidasków - żeby z powrotem nadawały się na bieżnię, kiedy pogoda zawiedzie.
Do zapamiętania: nie biegać po parku przed godziną 12.00. Szanowne accuweather poinformowało mnie wprawdzie o odczuwalnej temperaturze +5 stopni... ale warstewka lodu przed wejściem do akademika i mój zamarzający w miejscu oddech miały najwyraźniej inne zdanie na ten temat.

***

Aż wstyd się przyznać, ale w wieży chłopców bardziej świątecznie niż u nas - czwarte piętro rozpoczęło wczoraj masową produkcję świątecznych ciasteczek, którymi dali radę wykarmić wieczorem dziki tłum wygłodniałych i spragnionych cukru studentów. Chylę czoła i podziwiam za motywację, ogrom wykonanej pracy (bo jak się w połowie przepisu okazuje, że nie ma miksera i paru innych istotnych urządzeń - to trzeba sobie radzić inaczej - znaczy się ręcznie) i przede wszystkim umiejętności kulinarnych (podobno głodnemu studentowi smakuje wszystko, ale wczorajsze ciastka były jednymi z lepszych, jakie jadłam).
Na trzecim piętrze stoi natomiast prawdziwa, żywa, ubrana choinka... podobno znaleziona (pozostawię bez komentarza).
Tymczasem z ogromu naszych świątecznych pomysłów zrealizowałam tylko 4 adwentowe świeczki na kuchennym stole (i tak nikt ich nie rozpala). Kolorowych papierów i folii wprawdzie ci u nas dostatek - ale brak kleju/ zszywacza/ taśmy klejącej + kompletny brak umiejętności manualno-artystycznych sprawiły, że pozostaje nam odpalić od czasu do czasu te świeczki na kuchennym stole i przyglądać się przez okno rozświetlonej choince w wieży obok.



czwartek, 5 grudnia 2013

"I think I want to taste Żurek"

T. został filozofem, a ja nie zostałam zaproszona na hiszpańską kolację bo nie mówię po hiszpańsku.
W dodatku nie wiem, czy biuro meldunkowe poinformowało św. Mikołaja, że mieszkam teraz tutaj. Nie wiem czy trafi, nie wiem czy będzie mu się chciało wspinać po schodach na czwarte piętro.

***

Pozostanie dzisiaj w pokoju, w dresie, z kubkiem kawy i słuchawkami na uszach było moją najlepszą życiową decyzją. Znów jest ciemno, leje deszcz, wiatr miota łysymi gałęziami drzew i jeśli wierzyć temu, co piszą w internecie - temperatura odczuwalna wynosi teraz -8 stopni, a prędkość wiatru: 150km/h. Innymi słowy - huragan o (mało męskiej) nazwie Xaver przewala się właśnie przez Niemcy. Wolę kisić się tutaj. Myślę, że to już pora, żeby zasunąć rolety, zapalić moje choinkowe lampki na parapecie, zagłuszyć wycie wiatru jakąś przytulną muzyką i spędzić resztę dnia w surrealistycznie świątecznej atmosferze.