środa, 25 lutego 2015

Be my guest

"A wy co takie nastroszone siedzicie? A, zapomniałam, że E. po prostu ma taką minę".

***

Znudziłam się ciszą. Niepewnym milczeniem. Świat zszedł na psy i już nawet wali się po cichu. Ostrożnie. Wyrachowanie. Bez hałasu. Bez słów. Nawet nie w jednej chwili tylko z gracją lawiruje tygodniami na granicy upadku, gubi niespiesznie swoje części, chwieje się. Wstrzymuję oddech, zaciskam powieki. Czekam na huk. Zamiast niego następuje szereg grzecznościowych implozji. Wielkie eksplozje są efektowne, ale ryzykowne. Odsłaniają i ujawniają zbyt wiele. Czekałam na zuchwały ogień. Zamiast niego znalazłam garstkę stygnącego popiołu. I uprzejmą ciszę. Niejednoznaczną, chwiejną ciszę. Tak jakby garstka popiołu wciąż rozważała, czy z powrotem nie stać się kawałkiem drewna. I nie spłonąć z impetem. Tylko iskier zabrakło.        


niedziela, 22 lutego 2015

"Znów się uśmiechasz"

Jeszcze miesiąc temu omijałam go szerokim łukiem. Bo czego taki mieszczuch jak ja miałby szukać w takim wielkim lesie, pełnym dzików, błota i krętych ścieżek? Pierwsze wyprawy, podczas których asekuracyjnie biegłam na wprost przez wszystkie skrzyżowania i rozwidlenia, zamieniły moje buty w pokryte warstwą błota osobne ekosystemy. Tylko czekam, aż pewnego dnia porosną mchem albo rozkwitną na wiosnę. Coraz śmielej odkrywam jednak nowe ścieżki, połączenia i zakamarki. Rano las milczy, pokryty jeszcze warstwą szronu i lodu. Biegnę więc w tej ciszy, jak w zaklęciu, nie śmiem przerwać jej i włączyć ipoda. Po południu natomiast, kiedy zamarznięta ziemia z powrotem zamienia się w śliskie błoto, trawy odzyskują zdolność ruchu, a las rozgaduje się głosem ptaków i wiatru, spaceruję, tocząc długie rozmowy. Promienie słońca przerabiam na dobry nastrój. Rozmowy - na nowe pomysły, wnioski i inspiracje. Błoto z drogi przerabiam na plamy na spodniach.

        

niedziela, 15 lutego 2015

"Obyś był zimny albo gorący!"

Byłam niezwykle dumna z mojego talentu ogrodniczego, kiedy okazało się, że pestka od awokado, którą dawno spisałam już na straty, nagle spuchła i popękała w kilku miejscach. W zasadzie powodem, dla którego trzymałam ją jeszcze na parapecie, było moje czyste lenistwo. A tu nagle wracam po kilku dniach i pestka wreszcie postanowiła dać mi powód do dumy! Już miałam zabrać się za pisanie pełnej optymizmu notki o tym, jak cierpliwość popłaca i jak czasem warto dać szansę zupełnie nierokującej pestce awokado i zupełnie nierokującej, początkującej ogrodniczce... aż do pokoju weszła H. i uświadomiła mnie, że pod moją nieobecność, zasadziła w szklance nową pestkę awokado, bo poprzednia już dawno zgniła... cóż... najważniejsze, że nowa pestka jak dotąd ma się dobrze. Czekam, aż wykiełkuje pod czujnym okiem H., która odwiedza ją codziennie w moim pokoju. Ja pozostanę natomiast przy tym, co potrafię robić czyli pieczeniu szarlotek i przygotowywaniu sałatek z awokado. Takiego ze sklepu. Tego z własnej hodowli pewnie nigdy się nie doczekam.   

poniedziałek, 9 lutego 2015

An bhfuil céad agam dul amach go dtí an leithreas más é do thoil é

Nad naszymi głowami zaświeciła się kontrolka "zapiąć pasy" i samolot zanurzył się płynnie w warstwę szaro-fioletowych chmur. Zawsze dziwi mnie, jak nieprzyjemne, głośne i szorstkie jest przebijanie się przez te z pozoru delikatne, miękkie obłoczki. Na kilka długich minut straciłam zupełnie z oczy skrzydło samolotu i nagle z mgły wyłonił się szary, zmarznięty i wietrzny Wrocław. Tam na górze było tak słonecznie, pusto i cicho. 

czwartek, 5 lutego 2015

zakwasy

Ile takich modlitw słyszysz każdego dnia? W ilu językach? Ile niemych, ile wykrzyczanych? Jak wiele z nich jest nieodwzajemnionych? Jak wiele z nich jest w konflikcie z innymi, wyklucza się, krzyżuje, powtarza, pozostaje w sprzeczności? Ile jest tych otwartych, jeszcze nieukierunkowanych?  Czy potrzebujesz obopólnej zgody, aby rozpatrzyć je pozytywnie? Czy nie gubisz się w tej wielowarstwowej sieci uczuć i relacji?

***

Wspaniały dzień na lot samolotem:

godzina 7.30 

godzina 9.00
































    

poniedziałek, 2 lutego 2015

brunch

- Puk puk - T. wystawił nieśmiało głowę zza futryny i rozejrzał się zdezorientowany.
- No cześć... - odłożyłam książkę, oczekując, że wejdzie albo powie coś więcej. Zamiast tego zapadła kilkusekundowa cisza.
- A nic, tak wpadłem. W sumie to zabłądziłem w drodze do sypialni - wyszczerzył zęby i wycofał się do swojego pokoju. 

To był chyba najwyższy czas na zmiany. Ten dom jest jakby bardziej domem. Ze wspólnymi weekendowymi śniadaniami, poranną kawą w jednakowych kubeczkach i wieczornym siedzeniem przy kominku. Wciąż jesteśmy nierozpakowani, chaotyczni i pogubieni. Wciąż mylimy włączniki światła, otwieramy niewłaściwe szuflady w kuchni i budzimy się rano w "obcych" pokojach. A mimo to jakoś tak serdeczniej, pozytywniej i bardziej rodzinnie.
"Stałam w tym korku ponad 40 minut i byłam wściekła, ale jak już w końcu podjechałam pod dom i zaparkowałam, to aż się uśmiechnęłam sama do siebie. W końcu to moje wielkie marzenie. I to marzenie w końcu się spełniło."