sobota, 21 grudnia 2013

Hi, Honey! I'm home!

Lot z Dortmundu do Wrocławia trwa godzinę i pięć minut. Wystarczająco dużo, żeby usiąść koło obcej osoby, rozpocząć miłą pogawędkę, po chwili wymienić się numerami telefonu a na koniec umówić się na założenie wspólnego biznesu. Tak też zrobiły dwie starsze panie, które niestety siedziały tuż za mną. Niestety, bo zamiast zdrzemnąć się chociaż chwilę, poznałam wszystkie tajniki i triki zakładania firmy, otrzymywania kredytu, realizowania swoich życiowych marzeń, rozpoczynania nowego życia i tym podobnych spraw. A kiedy już wszystko było ustalone, z nazwą firmy włącznie, okazało się że jedna pani jest zodiakalnym strzelcem, a druga baranem... i wszystkie plany w jednej chwili wzięło w łeb bo powszechnie wiadomo, że strzelec z baranem interesów robić nie może.
Tymczasem osobą, która chyba najbardziej ucieszyła się z mojego przybycia na lotnisko był pan taksówkarz. Nie ma to jak przejechać się o poranku przez całe miasto za ponad 100zł... H. otworzyła mi drzwi i wróciła do łóżka, T. też po chwili zasnął z powrotem, a M. realizuje się zawodowo, jak to zwykle w sobotę. Jak na razie tylko kot dotrzymuje mi towarzystwa, mrucząc jak szalony i zmuszając mnie do pisania jedną ręką. Drugą trzeba przecież głaskać i drapać za uchem.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Lebkuchengewürz

Siedzę przy biurku i spokojnie dopijam kawę, obserwując jak za linią czarnych, poplątanych gałęzi niebo pomalutku robi się ciemnoczerwone. Odkąd pamiętam, okna mojego pokoju zawsze wychodziły na wschód. Ale wschody słońca nigdy nie są takie same. Inne zimą, inne latem, tutaj też są inne niż te "domowe". Nad linią czerwieni rozwija się coraz szersza strefa żółto-beżowego nieba. Szykuje się kolejny pogodny dzień. Swoją drogą nie wiem, czemu nie mogłam spać i siedzę tu teraz z kawą przed oknem. Mój budzik zadzwoni dopiero o ósmej. Ciemnoczerwona strefa właśnie zmieniła się w krwistoczerwoną, nad nią cała gama barw - od żółtego, przez szarawo-fioletowy, aż to lekko przybrudzonego błękitu. Siedzę i obserwuję jak z sekundy na sekundę poszerzają się i mieszają ze sobą kolejne strefy koloru, jak zmieniają się odcienie, jak świat nabiera z powrotem kształtów i odzyskuje detale, które zagubiły się gdzieś w ciemności. Mój budzik właśnie dał o sobie znać. Czas obudzić się z tej nastrojowej zadumy z nosem przy szybie i zabrać się do roboty. Słońce wciąż jeszcze nie pokazało się na horyzoncie. Myślę, że specjalnie gra na zwłokę, buduje napięcie, bawi się kolorami, bawiąc się moim oczekiwaniem. Cóż, nie będe dłużej czekać. I tak trzeba będzie z powrotem zasunąć rolety, kiedy w końcu ukaże się na horyzoncie. Nie da rady czytać, kiedy słońce świeci prosto w oczy.


środa, 11 grudnia 2013

10 dni

Znów przerzuciłam się na bieganie po parku - takie moje szczęście - odkąd zapłaciłam za siłownię, codziennie świeci słońce i temperatura jest całkiem znośna. Mając więc do wyboru monotonną bieżnię, do której muszę się najpierw doczołgać u-bahnem lub pusty, słoneczny park za oknem - z reguły nie waham się zbyt długo. Opatentowałam już nawet metodę wydłubywania kamieni i czyszczenia cifem podeszew moich adidasków - żeby z powrotem nadawały się na bieżnię, kiedy pogoda zawiedzie.
Do zapamiętania: nie biegać po parku przed godziną 12.00. Szanowne accuweather poinformowało mnie wprawdzie o odczuwalnej temperaturze +5 stopni... ale warstewka lodu przed wejściem do akademika i mój zamarzający w miejscu oddech miały najwyraźniej inne zdanie na ten temat.

***

Aż wstyd się przyznać, ale w wieży chłopców bardziej świątecznie niż u nas - czwarte piętro rozpoczęło wczoraj masową produkcję świątecznych ciasteczek, którymi dali radę wykarmić wieczorem dziki tłum wygłodniałych i spragnionych cukru studentów. Chylę czoła i podziwiam za motywację, ogrom wykonanej pracy (bo jak się w połowie przepisu okazuje, że nie ma miksera i paru innych istotnych urządzeń - to trzeba sobie radzić inaczej - znaczy się ręcznie) i przede wszystkim umiejętności kulinarnych (podobno głodnemu studentowi smakuje wszystko, ale wczorajsze ciastka były jednymi z lepszych, jakie jadłam).
Na trzecim piętrze stoi natomiast prawdziwa, żywa, ubrana choinka... podobno znaleziona (pozostawię bez komentarza).
Tymczasem z ogromu naszych świątecznych pomysłów zrealizowałam tylko 4 adwentowe świeczki na kuchennym stole (i tak nikt ich nie rozpala). Kolorowych papierów i folii wprawdzie ci u nas dostatek - ale brak kleju/ zszywacza/ taśmy klejącej + kompletny brak umiejętności manualno-artystycznych sprawiły, że pozostaje nam odpalić od czasu do czasu te świeczki na kuchennym stole i przyglądać się przez okno rozświetlonej choince w wieży obok.



czwartek, 5 grudnia 2013

"I think I want to taste Żurek"

T. został filozofem, a ja nie zostałam zaproszona na hiszpańską kolację bo nie mówię po hiszpańsku.
W dodatku nie wiem, czy biuro meldunkowe poinformowało św. Mikołaja, że mieszkam teraz tutaj. Nie wiem czy trafi, nie wiem czy będzie mu się chciało wspinać po schodach na czwarte piętro.

***

Pozostanie dzisiaj w pokoju, w dresie, z kubkiem kawy i słuchawkami na uszach było moją najlepszą życiową decyzją. Znów jest ciemno, leje deszcz, wiatr miota łysymi gałęziami drzew i jeśli wierzyć temu, co piszą w internecie - temperatura odczuwalna wynosi teraz -8 stopni, a prędkość wiatru: 150km/h. Innymi słowy - huragan o (mało męskiej) nazwie Xaver przewala się właśnie przez Niemcy. Wolę kisić się tutaj. Myślę, że to już pora, żeby zasunąć rolety, zapalić moje choinkowe lampki na parapecie, zagłuszyć wycie wiatru jakąś przytulną muzyką i spędzić resztę dnia w surrealistycznie świątecznej atmosferze.

środa, 20 listopada 2013

Poproszę mleko poplamione kawą.

Razem z W. oglądałyśmy wczoraj mecz:
Ja: online, bardziej przysłuchiwałam się relacji komentatorów w trakcie przeglądania prezentacji na zajęcia
W: w pubie, z Irlandczykami, jednocześnie pisząc do mnie wiadomości przez telefon

Razem z M. obserwowałyśmy huragan na Sardynii:
M: z okna swojego pokoju
Ja: biegnąc na bieżni, śledząc niemieckie wiadomości ze świata
 
 Razem, tylko z trochę innej perspektywy...

***

W centrum trwają przygotowania do Świąt. I byłoby całkiem przytulnie i świątecznie, gdyby nie wielkie, upiorne figury świętego Mikołaja, które ustawiono wzdłuż trasy mojego autobusu. Szczególnie mało przytulnie wyglądają nad ranem, po ciemku, kiedy jadę na zajęcia w autobusowym letargu.
W ramach rekompensaty po tym mikołajowym szoku kupiłam więc całą torbę mandarynek. Może pomogą.

***

"Zawsze jak masz u mnie nocować myślę sobie: ale super, zaśniemy sobie przytuleni i będzie tak romantycznie. A potem budzę się - zepchnięty z materaca, bez kołdry, na skrawku swojej poduszki. I jak tu nie myśleć stereotypowo o narodowościach?"



wtorek, 12 listopada 2013

"Ich möchte polaco lernen!"

Odwiedziłam bloga A. Napisała, że zbiera emocje, bojąc się, że nie wystarczą na długo. Ja odkryłam, że dźwięki przerabiane własnoręcznie na emocje mają dłuższy termin przydatności. Odkrywam więc na nowo muzykę i różne jej oblicza - wieczorami siedzę w małych, klimatycznych salkach, popijając glühwein i zachwycając się innym brzmieniem muzyki na żywo. Muzyka na żywo zawsze brzmi lepiej. Łatwiej przerobić ją na emocje, które nie tracą potem tak szybko swojego aromatu.

Tańczyłam na ulicach Kolonii, jakbym znalazła się w samym sercu Rio de Janeiro. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś podobnego - wokół mnie tłum ludzi w najróżniejszych kostiumach, na każdym rogu orkiestra, bębny i zabawa. Tańczyliśmy więc ze wszystkimi - na ulicach, murkach, deptakach. Z twarzami wymalowanymi kolorowymi farbkami, świętowaliśmy w pociągu początek niemieckiego karnawału. Wróciłam do domu - cała w farbie, rozczochrana, posiniaczona, wytańczona i wybawiona za wszystkie czasy!

niedziela, 10 listopada 2013

A Ty w jakim języku śnisz?

Minął miesiąc studiów - i jak dotąd chyba najbardziej brakuje mi tych naukowych posiadówek z M. - hektolitrów kawy, burz mózgów, wzajemnego pilnowania się przed wchodzeniem na fejsa, szybkich przerw na przesłuchanie nowej piosenki i  grafiku pt:"nie ma opcji, nie wyrobimy się".
Znalazłam pokój do nauki - mały, obskurny, przeszklony od strony ulicy. Cztery stoły, pięć osób, wifi i kompletna cisza. Przechodnie obserwują nas jak wystawę sklepową. Przynajmniej widok uczących się osób trochę bardziej motywuje mnie do zabrania się do roboty. I do kuchni też za daleko. Trzeba siedzieć na dupie.
Za oknem szaleje więc burza, chmury przewalają się po niebie, kolejne podmuchy wiatru zmieniają kierunek deszczu, który tłucze o naszą "sklepową wystawę", a ja siedzę ze słownikiem i kawą podgrzewaną na zasilaczu do laptopa nad "Reanimation im Kindesalter". Chłopcy wracają pomału ze stadionu - wygraliśmy! Pukają w szybę, zdziwieni, że ktoś uczy się tutaj w niedzielny wieczór. "a no tak, medycyna!" Jedna przerwa, druga przerwa, szybki przegląd wczorajszej imprezy przy fajce i resztkach wieczornej burzy. I nie ma nikogo, kto zagoniłby mnie z powrotem do nauki. 

piątek, 1 listopada 2013

W6 1832

Pęk różowych róż w litrowym kuflu od piwa na moim parapecie. Mam nadzieję, że przetrwają moją chwilową nieobecność tutaj. Aż żal tak je tu zostawiać. Tak bardzo mnie ostatnio zadziwiasz.

niedziela, 27 października 2013

"Stupid situation"

Wracałam przez park pełen liści, rozczochrana, z resztkami makijażu na oczach, a drzewa kołysały mi się nad głową, szumiąc złowrogo. Poprzedni dzień zakończył się o 4.00 nad ranem piekielnie drogą taksówką ze szpitala do domu. Przynajmniej wcześniej udało mi się przejechać ambulansem i porozmawiać trochę po niemiecku na izbie przyjęć. Lekarka wyglądała tak, jakby to ona wyszła właśnie z dobrej imprezy i najchętniej położyłaby się na kozetce obok D., żeby trochę się zdrzemnąć.
- Ile ona wypiła?
- Trochę wódki około 20.00. Potem podobno jeszcze parę piw.
- Ta... "trochę wódki".
- Naprawdę tylko trochę, ja wypiłam tyle samo i nic mi nie jest.
- Ale ty chyba nie jesteś z Cypru, co?
- No nie... z Polski.
Obrzuciła mnie spojrzeniem tak teatralnie wymownym, że pożałowałam, że to powiedziałam.

Dzisiejszy dzień rozpoczął się natomiast o 9.00 - kanapkami z nutellą, kawą podwędzoną jednemu ze współlokatorów i kontemplacją dźwięków wydawanych przez wiatr, który z wielkim cierpieniem przeciskał się między budynkami i wprawiał drzewa w dziki taniec. Stałam na balkonie i tak bardzo nie chciało mi się wracać przez park pełen liści do swojego pokoju.

sobota, 19 października 2013

Gib mir in dieser schnellen Zeit, irgendwas das bleibt

Wystarczył mi miesiąc, żeby złamać wszystkie zasady, które przywiozłam tutaj ze sobą w walizkach. Czyste, wyprasowane, złożone w kostkę, odpowiednio zabezpieczone przejechały ponad 800 kilometrów tylko po to, żebym mogła teraz wyrzucić je do kosza. Nie bardzo wiem zresztą do którego kosza powinny trafić. Segregacja śmieci nie uwzględnia złamanych zasad. Nie sądzę, żeby w obecnym stanie stanowiły jeszcze materiał odnawialny. Mam też nadzieję, że nikt się o nie nie pokaleczy. Sama nie wiem, czy powinnam czuć wyrzuty sumienia, rozejrzeć się za nowymi, czy po prostu spróbować żyć bez nich przynajmniej przez pewien czas. To już wyższa matematyka - więcej niewiadomych niż wiadomych, a ja od matematyki wolałam zawsze trzymać się jak najdalej. Na razie zgłaszam więc nieprzygotowanie, mocno wierząc w to, że każde równanie matematyczne można jakoś rozwiązać. Może kiedyś się nauczę.  

poniedziałek, 14 października 2013

Osita Mamacita

Tak oto kończą się wakacje - o 5.00 nad ranem w ciszy i ciemności wyciągam z szafy zimowy płaszcz i szykuję sobie kawę na drogę. Wychodzę po cichu i szerokim łukiem obchodzę ciemny, pusty park. Tym razem nie pójdę na skróty. Metro, dworzec, autobus, deszcz. Gdy docieram do szpitala jest jeszcze ciemno. Gdy wracam - zaczyna ściemniać się z powrotem. Z nowym nabytkiem w postaci chirurgii niejakiego pana Müllera, wracam do pokoju wykończona i dumna z siebie. Tak, rozmawiałam z pacjentami. Tak, po niemiecku! Tak, na dzisiaj mam już dość. I... tak, muszę jeszcze zapoznać się z tym, co pan Müller napisał w swojej książce... po niemiecku.

czwartek, 3 października 2013

El rastrillo

Rozmawiać a porozumiewać się. Ubogie słownictwo nadrabiamy gestykulacją i mimiką. Czasem rysujemy coś na kartce, czasem wypowiadamy słowo we własnym języku, mając nadzieję, że może w innym brzmi chociaż podobnie. Za granicą zawsze jesteśmy na początku tymi głupszymi. Nie rozumiemy wysublimowanych gierek słownych, nie dostrzegamy ironii, nie opowiadamy dowcipów i nie zawsze śmiejemy się z dowcipów innych. Po kilku tygodniach potrafimy natomiast czytać z ludzkiej twarzy, z rąk, spojrzeń, tonu głosu. Widzimy i wyczuwamy więcej. Nie miałam pojęcia, jak ogromna część naszej komunikacji odbywa się niewerbalnie. Jak wiele można zrozumieć, nie rozumiejąc ani słowa.

***

Życiowe motto A. natchnęło mnie do poszukiwania innej strony siebie. Tej bardziej beztroskiej. Mniej skomplikowanej. Mniej uwikłanej i bardziej świadomej. Nie sądziłam, że to takie proste. Przyjemnie niezobowiązujące i odkrywcze. Nie przypuszczałam, że tak można. Że ja tak mogę. Że mogę tak bardzo polubić moje kolejne ego.

czwartek, 26 września 2013

Słówko na dziś: Hochschulzugangsberechtigung

W niemieckim akademiku:
- A ty skąd jesteś?
- Z Niemiec.
- Naaaprawdę! Nareszcie poznałam jakiegoś Niemca!

Bo w niemieckim akademiku wszyscy mówią po hiszpańsku. Na lekcjach niemieckiego również. I na korytarzu. I w stołówce. I w metrze. He empezado a aprender español!

 ***

Zakochałam się w salsie. I w tango. I w południowoamerykańskich chłopakach. W ich ruchach, poczuciu rytmu, sposobie prowadzenia partnerki, naturalnej bezpośredniości i przełamywaniu barier. W ich komplementach i gestach. W ich południowoamerykańskim temperamencie. 

- Tacy już jesteśmy. Uwielbiamy prawić kobietom komplementy. Uwielbiamy zachowywać się jak prawidziwi gentlemani.
- A gdzie prawdziwi macho?
- Prawdziwi macho powinni być jednocześnie prawdziwymi gentlemanami.

niedziela, 22 września 2013

Can you repeat your name again?

Polsko-włosko-chińskie rozmowy przy butelce wina i talii kart.
Francuskie tiramisu na kolację.
Polskie naleśniki na śniadanie.
Meksykańska salsa, tequila i bransoletki z muliny.
Niemieckie piwo, hiszpańskie drinki i argentyńska yerba mate.
Polskie przebieżki przez park i międzynarodowe imprezy do rana.
Czeska przewodniczka spod Śnieżki i polska nauczycielka niemieckiego. 
"Azoto" i "a co to?"Onomatopeja, serpentyna i bluza.
Imiona, których nie jestem w stanie wymówić. 
Meksykanie, którzy nie widzieli śniegu, widzieli za to czynny wulkan, a zamiast miejskich gołębi - mają miejskie papugi. I dżunglę.
Tydzień pełen wrażeń i nowości. Zapowiada się ciekawie :)

wtorek, 17 września 2013

Kali ukraść krowa, Kali mieć krowa.

Znam miejsca, które mimo upływu lat wciąż są dla mnie obce i niekomfortowe. Są też takie, w które wkomponowuję się płynnie i bezboleśnie - niemalże od razu. Otwieram rano oczy i nie dziwi mnie ani widok za oknem ani wnętrze mojego pokoju. Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest nowe, ale jakby znajome. Moje rzeczy perfekcyjnie wtopiły się w nowe otoczenie a ja siedząc z kubkiem porannej kawy w przeszklonej kuchni z widokiem na park, poczułam, że pasuję tu jak ulał.
Dobrze, że wciąż są wakacje. Siedzę więc z kawą i obserwuję z czwartego piętra ludzi spacerujących po parku z psami. Jadę metrem, nie spoglądając na zegarek. Włóczę się po centrum miasta, wchodząc do sklepu tylko dlatego, że spodobała mi się jego witryna. Piję wino i rozmawiam do późnej nocy, nie martwiąc się o to, że jutro muszę wcześnie wstać. Stopniowo, bez pośpiechu wdrażam się w nowe otoczenie i nowe zasady. A kiedy już zaaklimatyzuję się na dobre, mogę z powrotem brać się do roboty.

sobota, 14 września 2013

Reise fieber

Myślę, że to dobry znak - dzień przed wyjazdem spotkać Niemca, który zabłąkał się wczesnym rankiem w okolicy salonu kosmetycznego.

Myślę, że mogę być z siebie dumna - w ciągu ostatnich 48 godzin pobiłam rekord jednoczesnego pakowania, sprzątania, załatwiania spraw i żegnania się ze wszystkimi.

Myślę, że to najbardziej spontaniczny i nietypowy wieczór pożegnalny, w jakim uczestniczyłam. Myślę, że takie są najlepsze!

Myślę, że masz dobre pomysły. Będziemy zapisywać, przeżywać, kontemplować, korzystać. 

środa, 11 września 2013

Wygrywamy z San Marino!

Masowe pożegnania. Hurtowe ilości przytuleń i uścisków. Magazyny pękające w szwach od nadmiaru "powodzenia", "trzymaj się tam" i "na pewno przyjedziemy". Sprzedaż całusów na sztuki niedługo przestanie się opłacać - trzeba będzie pomyśleć o opakowaniach zbiorczych. Koniecznie z jakimś gratisem w zestawie. Może z kilkoma pożegnalnymi łzami? I pomyśleć, że za kilka dni trzeba będzie zwijać interes - akurat teraz, kiedy zaczyna być naprawdę dochodowy.

***

Poranki takie jak ten mają swój specyficzny urok. Dzień rozpoczęty takim porankiem można bez wyrzutów sumienia spisać od razu na straty. Wypić kolejną kawę i zaraz potem zapaść w kolejną drzemkę. Odłożyć sprzątanie na później, na rzecz wegetowania przed monitorem z nostalgiczną muzyką w tle.
Naprawdę rozmawialiśmy o systemach informatycznych w dynamicznej analizie decyzyjnej? Naprawdę o szóstej nad ranem??

wtorek, 3 września 2013

Jaron znaczy szczęśliwy

Zaszyłam się w najgłębszym kącie cofeeheaven. W. wciąż tkwiła w budynku naprzeciwko, wysyłając do mnie rozpaczliwe smsy. Pięciominutowe spotkanie przeciągnęło się do 1,5 godziny. Co zrobić? Zaszyta w przepastnym fotelu, z kubkiem najsłodszej kawy, jaką mieli, wyszłam samotnie na spotkanie nadciągającego kaca. Poranny kac jest jak przygodny kochanek. Nie pamiętasz jak, gdzie i kiedy położyłeś się spać, budzisz się rano i okazuje się, że nie jesteś w łóżku sam. Ale gorszy od porannego kaca, jest kac popołudniowy. To jakbyś obudził się rano dumny, że udało ci się uniknąć niezręcznego poranka z przygodnym kochankiem, a po południu znajdujesz swoje kompromitujące imprezowe zdjęcia w sieci - tak wygląda popołudniowy kac. Czułam, jak nadciąga. Wiedziałam, że w miękkim fotelu, z kubkiem słodkiej kawy jestem w stanie stawić mu czoła. Sms od A. dodatkowo podniósł moje morale przed ostatecznym starciem: "Ależ u Ciebie na tych babskich wieczorach jest fajnie". Aut vincere, aut mori.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Show me, doctor. Show me how...

Grunt to dyscyplina. Zbilansowana dieta z komplementów i świeżo schwytanych spojrzeń. Codzienna porcja ćwiczeń mięśni mimicznych - tych od dźwigania kącików ust do góry. Masaż uszu porcją dobrej muzyki. Efekt? Widoczny już po kilku dniach! Żaden krem nie działa tak na cerę. Żadne soczewki nie podrobią tego błysku w oczach. W żadnym spa nie odpocznę tak dobrze jak w poczuciu własnej siły i wartości.

Powinnam zostać akwizytorem. 


niedziela, 18 sierpnia 2013

Gramy w Hankę!

Tym razem moja opalenizna pozostawia wiele do życzenia - spalony nos, z którego za kilka dni zacznie pewnie schodzić skóra; białe ślady po kostiumie. Ot życiowe dylematy - zostać na ręczniku i pilnować ładnej, równej opalenizny, czy skorzystać z lekcji windsurfingu? Głupie pytanie!
M. i W. śmigali z wiatrem, robiąc szybkie zwroty i machając mi z oddali. Mój instruktor zaopatrzony w deskę i wiosło wyglądał trochę jak wenecki śpiewak z gondoli, płynąc za mną leniwie, wydając komendy i podnosząc na duchu, kiedy chybotliwym krokiem dreptałam w miejscu, próbując zrobić zwrot i nie wylądować w wodzie. Za to dopping pozostałych instruktorów z brzegu - bezcenny. Chociaż ja sama czułam się jak paralityk - to jednak jak najlepszy w historii pierwszolekcyjny paralityk!  

Do zapamiętania:
Banany z grilla są niedobre.
Za to marschmallows z grilla - pycha! Koniecznie wg przepisu H.: znajdź brudny patyk na ziemi, nabij na niego pianki i piecz nad płonącą podpałką (stosunek podpałki do brykietu 1:1)
 
***

- Ale serio, czemu tu jesteście? Próbuje zrozumieć wasz fenomen.
- Dlaczego fenomen?  Jesteśmy tu z tego samego powodu, dla którego wy tu przyszliście. 
- Ale my się przynajmniej ocieramy o pewną logikę?
- Jaką?
- Tą sprzed tysięcy lat. Tą, która sprawiła, że nasz gatunek nie wymarł.
- A my po prostu uważamy, że kobiece ciało jest piękne. Dlatego tu jesteśmy. Ze względów estetycznych.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Miesiąc

Wpakowały się na tylne siedzenie z wielkimi plecakami i jeszcze większymi uśmiechami na twarzach - radośnie zdumione biegiem wydarzeń. One - chwilę wcześniej wyszły z dworca i podeszły do pierwszego lepszego samochodu. My - miałyśmy jechać w zupełnie innym kierunku. Razem - miałyśmy więcej wspólnych tematów niż którakolwiek z nas mogłaby przypuszczać. Wysiadły na wylocie na "ajłej, Krakoł". Mam nadzieję, że dotarły bezpiecznie do celu dzięki kolejnym takim "przypadkowym" spotkaniom.
Zabawne, jak wiele dobrych i zaskakujących wydarzeń ma miejsce, kiedy odpuszczasz. Puściłam stery, zamknęłam oczy. Dryfuję. Czuję, że płynę w dobrym kierunku. Pozwoliłam, by ktoś inny zajął się pisaniem scenariusza. Wygląda na to, że posadzono na moim miejscu prawdziwego profesjonalistę z doświadczeniem, talentem i nieprzeciętną wyobraźnią. Chylę czoła i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Teraz już wiem, że wszystko bedzie dobzie ;)

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Tiramisu

(...) "Fajna Laska. Mężczyźni zawsze uważają, że to zdecydowany komplement, prawda? Jest fajną laską. Oznacza to, że jestem seksowną, błyskotliwą, dowcipną kobietą, która uwielbia piłkę nożną, pokera, świńskie dowcipy i bekanie, która bawi się w gry video, pije tanie piwo, lubi orgietki we troje i seks analny, i wpycha sobie do gęby hot dogi i hamburgery, jakby była ochoczą ofiarą największego na świecie kulinarnego gwałtu zbiorowego, ale udaje jej się o dziwo wciąż nosić rozmiar XS, ponieważ fajne laski są przede wszystkim seksowne. Seksowne i wyrozumiałe. Fajne Laski nigdy się nie wściekają, one tylko uśmiechają się z pewnym rozczarowaniem, ale też miłośnie, i pozwalają swoim mężczyznom robić, co im się podoba. Masz mnie gdzieś? Nic nie szkodzi. Jestem Fajną Laską.
Mężczyźni rzeczywiście sądzą, że taka dziewczyna istnieje. Może dają się oszukiwać dlatego, że tak wiele kobiet chce się pod nią podszywać. Bardzo długo Fajna Laska działała mi na nerwy. Widziałam różnych facetów - przyjaciół, współpracowników, obcych - którzy dostawali bzika na punkcie tej udawaczki. Korciło mnie, by usadzić tych kolesi i spokojnie powiedzieć: Nie jesteś na randce z prawdziwą kobietą, jesteś z kobietą, która widziała zbyt wiele filmów; ich scenariusze napisali nieporadni społecznie mężczyźni, pragnący wierzyć w to, że taka kobieta istnieje i mogłaby ich pocałować. Mam ochotę chwycić takiego nieszczęśnika za klapy albo torbę powiedzieć: Ta suka tak naprawdę nie lubi chili dogów - nikt aż tak za nimi nie przepada! A Fajne Laski są jeszcze bardziej żałosne: one nawet nie udają, że są kobietami, którymi chcą być, one udają kobiety, jakich pragną mężczyźni."

"Zaginiona Dziewczyna"
Gillian Flynn

niedziela, 11 sierpnia 2013

"Tylko nie wychodź za Niemca"

Na parapecie leży cała sterta szwabskich filmów do obejrzenia. Zaczęłam od najprostszego. Jak zwykle mogłam liczyć na wsparcie H.:
- Jak tak tego słucham z pokoju obok to mam wrażenie, że Piotrusia Pana już trzy razy rozstrzelali...

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Co było w pociągu, zostaje w pociągu.

A. zapytała mnie, czy uważam, że jesteśmy już stare. Że pewne rzeczy już nie wrócą, że przegapiłyśmy jakiś etap. I gdyby nie fakt, że akurat płynęłyśmy żabką przez środek jeziora, pewnie postukałabym ją palcem w czoło. Nigdy wcześniej nie bawiłam się tak dobrze, nie spałam tak spokojnie, nie trzymałam pleców tak prosto i nie śmiałam się tak głośno.

Weekend u K. przerósł moje najśmielsze oczekiwania. 3 dni pełne wrażeń. Atrakcje, które mogę z dumą wpisać na listę "done" z pominięciem listy "must do":
Prowadziłam wóz strażacki! Całe trzy metry w przód i trzy metry na wstecznym, ale mniejsza o szczegóły. Liczy się sam fakt odpalenia silnika, dosięgnięcia nogą sprzęgła i wbicia pierwszego biegu. No i pisk G. z tylnego siedzenia. Bezcenne.
Zapakowałam się w pełny strój strażaka - wielki, ciężki przesiąknięty potem i dymem. "No teraz to was tylko po sandałach rozpoznaję"
Bawiłam się na prawdziwym śląskim Polterabend - na zbitym z desek parkiecie udało mi się rozkleić obie podeszwy, podlać wódką pobliski żywopłot i nie zgubić strażackiej czapki.
Skakałam na trampolinie, która nocą stała się naszym obserwatorium spadających gwiazd. "Jak myślisz, powinnam patrzeć się stale w jeden punkt, czy obserwować całe niebo, żeby było większe prawdopodobieństwo?"
Tańczyłam do muzyki z telefonu G., wracając nocą z kręgielni przez puste, wiejskie ulice. "Ej, A. wstawaj z asfaltu. Tu moja ciocia mieszka".
Pobiłam rekord w najszybszym powrocie do brzegu rowerkiem wodnym. Dopingowane przez stado końskich much, pedałowałyśmy, jakbyśmy walczyły o żółtą koszulkę w tour de france.

Dzięki, K.!
  
  

wtorek, 23 lipca 2013

Von mir aus...

Kilka ustaleń dotyczących wieczorku filmowego na facebooku i reklamy wyświetlające się z boku strony zaczęły same proponować mi tytuły, które warto obejrzeć. Samochód W. analizuje ruchy gałek ocznych kierowcy i sugeruje mu, kiedy powinien zrobić sobie przerwę w podróży. A ja wpisuję ręcznie setki danych z faktur do arkusza excel i czuję się głupsza od połowy tych nowoczesnych sprzętów i urządzeń, wystukując na klawiaturze cyferkę za cyferką i trzykrotnie sprawdzając, czy nie pomyliłam jakiejś wartości. 

***

- Co ty tak dyszysz? W sypialni cię słychać. Dopiero trzy kilometry.
- Nie. Wkurzaj mnie. Pod górę...
- Nie bądź frajer! Odwróć się i w dół zbiegaj!

A kiedy wyrównywałam już oddech, leżąc plackiem na dywanie, w głowie zaświtał pomysł tak zuchwały, że przez dłuższą chwilę z zakłopotaniem przyglądałam mu się tylko z bezpiecznego dystansu. Dopiero po bliższych oględzinach pozwoliłam sobie wyciągnąć pierwsze wnioski: Zuchwały, ale realny. Wymagający, ale kuszący zarazem. Nie na teraz. Ale zajął właśnie honorowe miejsce na liście: "must do". Sama siebie ostatnio zaskakuję.  

poniedziałek, 15 lipca 2013

... karawana jedzie dalej.

Zdarzają się takie wieczory, które ładują akumulatory na cały kolejny tydzień. Wszystkie akumulatory - te od głupiego uśmiechu zaadresowanego w przestrzeń - również. Prywatna impreza na kółkach. Rycząca bestia rozświetlona jak ciężarówka coca-coli przed Bożym Narodzeniem. Światła SkyTower migające w oddali. Fotel prezesa. Butelka zimnej coli na ławce w rynku. Krople deszczu rozmazujące się na mojej szybce. Podkład muzyczny do myśli w mojej głowie, jak w wakacyjnym, niskobudżetowym teledysku. Uwielbiam.

piątek, 12 lipca 2013

Pani Matka

Ścigałam się nocą z czarnym golfem po deszczowych ulicach Wrocławia. Czerwona Strzała miała ładny start i na chwilkę wyszła na prowadzenie, potem widziałam już tylko jego czarny odwłok z czerwonymi światłami. Urażona duma? Skądże! Nawet nie wiedziałam, że potrafię tak dynamicznie ruszać i tak szybko zmieniać biegi! Nie wiedziałam też, gdzie miała być meta.
- To co? Szybcy i wściekli?
- Na razie tylko wściekli. Zobaczymy czy szybcy też.

***

Uważniej obserwuję teraz świat. Wciąż szukam nowych inspiracji i bodźców. Pękła moja prywatna bańka mydlana, zza której wszystko wokół było trochę rozmazane i trochę nieostre. Ale zauważyłam to dopiero teraz. Jestem teraz z powrotem dzieckiem - chłonę, patrzę, słucham, uczę się, wyciągam wnioski. Myślę, że wiem już, jaki on kiedyś będzie. Będzie inny. Zupełnie inny. Będzie przeciwieństwem, nie sobowtórem. Chociaż kiedyś, w mojej bańce mydlanej wydawało mi się inaczej.

 "It’s a little too late for you to come back
Say it's just a mistake
Think I’d forgive you like that
If you thought I would wait for you
You thought wrong"


poniedziałek, 1 lipca 2013

Niepokojące jest przywoływanie ciepłego wspomnienia, jeśli czuje się całkowity chłód.

Lektion 1
Przetłumacz na język niemiecki:
Wieczorem mieliśmy pozwiedzać miasto, ale spóźniliśmy się na ostatni pociąg ponieważ John za późno wstał i potem potrzebował całą wieczność, żeby się przyszykować, więc byłam na niego trochę zła.

No dobra... Abends...wollten wir... ein... einen?... <tu nastąpiła dłuuuga chwila pełna zadumy>... shit. Nie dam rady.

***

Początkowo przeraził mnie nadmiar wolnego czasu. Przywykłam do życia z napiętym grafikiem, planami na najbliższe kilka tygodni, motywującą perspektywą egzaminu wiszącego nad głową jak gradowa chmura. Pomysł na spędzenie każdej chwili był tak oczywisty, że przestałam praktycznie używać wyższych ośrodków mózgowych do planowania mojego dnia. Jestem zmęczona - śpię, jestem w stanie się uczyć - uczę się, jestem głodna - jem, nie mogę się skupić - kawa. Z pewnością wypracowałam już sobie dodatkowe drogi odruchu na powyższe bodźce. Zanikły natomiast niektóre połączenia ośrodka kreatywnego myślenia i mechanizmu nagrody. Trochę trwało, zanim z głębin tego mrocznego pomysłowego chaosu wyłonił się plan piękny w swojej prostocie. Pomalutku wprowadzam go w życie i z radością stwierdzam, że po raz pierwszy od dawna jest całkowicie mój - nastawiony na moje potrzeby i moje oczekiwania. Nie muszę zestawiać go z żadnym innym planem ani szukać kompromisów. Zabawne, jak bardzo zapomniałam już siebie.  

sobota, 22 czerwca 2013

Sukcestek, hepimina i daszradol.

Dziwne uczucie wpaść w zielonej koszulce w tłum zielonokoszulkowych półmaratończyków przygotowujących się właśnie do biegu. Na szczęście nikt nie oskarżył mnie o falstart.

***

Moje powieki absorbują cienie, które na nie nakładam. I o ile jestem w stanie wytłumaczyć sobie zjawisko makijażu oka wędrującego po kilku godzinach pod oko, o tyle zjawisko wchłaniania cienia przez skórę powiek jest niezwykle zagadkowe i fascynujące. Może poświęcę swoje życie karierze naukowej i pewnego dnia odkryję w moich powiekach komórki cieniożerne. 

***

Rozbawiła mnie mina kasjerki w sklepie spożywczym, kiedy wypakowałam z koszyka 2 paczki tictaców, listek kolorowych gum do żucia, landrynki, orzeszki w czekoladzie, mentosy, dwie paczki cukierków i skittlesy. A., tylko uważaj na interakcje!

*** 

Nie wiem kiedy, jak, którędy minął mi ten czwarty rok. Z przerażającej perspektywy sześciu ciężkich, żmudnych lat pozostały tylko dwa. Wygląda na to, że przetrwałam najgorsze. Z niecierpliwością czekam na to, co będzie dalej. Po czterech latach książki nie mieszczą się już na półkach, za to ja jestem trochę silniejsza, trochę bardziej niezależna i otwarta na nowe wyzwania i możliwości. No i jedno jest pewne. Radiologiem też nie zostanę.  




środa, 12 czerwca 2013

Run, you fool!

Dziesięć kilometrów. Ot tak. Nogi same biegną, gdy w głowie pełno myśli. Mówią, że człowiek podświadomie sięga po konkretne produkty, gdy brakuje mu zawartych tam składników odżywczych. Ciało diagnozuje i leczy się samo. Mnie najwyraźniej wyczerpały się już zapasy endorfin. Liczyłam, że starczy na więcej niż sześć dni. Suplementuję więc tyle, ile jestem w stanie. Z nogami ubłoconymi aż po kolana. Nie wiem tylko, jakie jeszcze niedobory próbowałam wyrównać połykając po drodze stado małych muszek...  

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Down in mexico

Czy ktoś wypłaca odszkodowania za utracone strefy komfortu? Moja była taka przytulna, ciepła i ładnie urządzona. Poświęciłam sporo czasu na dobranie wszystkich gustownych detali, sporo wysiłku na utrzymanie jej w porządku i ładzie, sporo uczucia, by była naprawdę moja. Tutaj, na zewnątrz jest trochę za cicho i jakoś pusto. Tutaj każdy dzień jest wyzwaniem. Tutaj zaczynam wszystko od nowa. Tutaj włóczę się, szukając inspiracji, by móc za jakiś czas zbudować swoją nową, jeszcze ładniejszą strefę komfortu. Może postaram się o dotacje unijne albo dofinansowanie w ramach projektu: "Co cię nie zabije to cię wzmocni. I jeszcze przyniesie satysfakcję, że udało ci się przeżyć". 

piątek, 7 czerwca 2013

"Fajnie było"

Moja pierwsza w życiu poważna operacja.
Trudny przypadek pękniętego serca.
Nie umiem ładnie szyć.Zostawiłam. Niech zrośnie się samo.
Wyprowadziłam dreny do kanalików łzowych.
Pacjent przeżył pierwszą dobę po zabiegu, jego stan pewnie wkrótce się poprawi i ustabilizuje.
Wydałam skierowanie na rehabilitację. I receptę na maść, żeby nie było potem brzydkiej blizny.
Czeka mnie jeszcze rozmowa z pacjentem, zanim zostanie wypisany ze szpitala. Homeostaza to pojęcie bardzo osobiste i względne. Każdy musi odnaleźć swoją własną.
 


sobota, 1 czerwca 2013

Przytulanie się jest nie w moim stylu

Rozmowy z H. zawsze skłaniają do pewnych osobistych refleksji. Najwyraźniej zbyt wiele czasu spędzam w ekosystemie studiów, studentów, egzaminów, sesji i przyszłych specjalizacji. Każdorazowe wystawienie nosa na inny świat uświadamia mi, jak bardzo monotematyczne i ograniczone stały się moje wymagania i plany na przyszłość. Działania z ostatnich kilku lat sprowadzają się do osiągnięcia konkretnego celu - dotarcia do niego najbardziej efektywną drogą w jak najkrótszym czasie. Nie ma czasu na pierdoły, ścieżki poboczne, zbaczanie z kursu czy bunt. Dlaczego nigdy się nie buntowałam? Czemu nigdy nie próbowałam zrobić czegoś niebezpiecznego/ nietypowego/ zakazanego? Czemu nigdy nie ciągnęło mnie do żadnych skrajnych poglądów/ niszowych zainteresowań/ grup etnicznych? Rozsądek podpowiada: I tak nie zmienisz świata. Świat, w którym żyjesz jest entropią, która kształtowała się od miliardów lat pod wpływem miliardów zdarzeń i zjawisk. Twój bunt jest bezcelowy. Gówniarska, romantyczna idea, którą i tak stłamszą za kilka lat potrzeby finansowe, społeczne i socjalne. Przybrałam postawę beznadziejnie bierną, idę szeroką, utwardzoną drogą, byle jak najszybciej dotrzeć do celu. Od szukania ukrytych, dodatkowych ścieżek i możliwości robią się przecież pęcherze na stopach, można poharatać sobie nogi o chwasty i stracić masę cennego czasu. Oby tylko mój cel był wart tego ślepego biegu w jednym, utartym kierunku. Oby dał mi poczucie satysfakcji i samorealizacji. A jeśli nie - może właśnie wtedy przyjdzie czas na bunt i włóczęgi po bezdrożach w poszukiwaniu guza.

czwartek, 30 maja 2013

Wielołasice i mysikradzieje

Mieszkanie na poddaszu ma swoje poważne minusy. Deszcz tłucze o dach i szyby tak mocno, że skupienie się na czymkolwiek jest sporym wyzwaniem. Zwłaszcza kiedy obiekt, na którym powinnam się skupić - farmakologia - jest równie interesujący, co ustawa o wywozie nieczystości. Zresztą nie ma chyba dobrej pogody do nauki. W słoneczne dni żałuję, że nie mogę spędzić czasu na dworze, w deszczowe - ciśnienie spada tak nisko, że nawet morze kawy nie może mi pomóc. Idąc tym tropem, powinnam dostać jakąś specjalną nagrodę za wytrwanie tylu lat w szkole i na studiach, za codzienną walkę z samą sobą, moim lenistwem, warunkami biometrycznymi i zmęczeniem.
Deszcz właśnie przestał padać. Wygląda na to, że Ktoś tam na górze zlitował się nade mną. Albo chce ująć mi mojego bohaterstwa i męczeństwa. Tak czy inaczej pora wracać do roboty. 

niedziela, 26 maja 2013

"Nie wezmę czerwonego namiotu na Woodstock. Będzie wyglądać jak burdel"

- I co? Będziemy tam codziennie jeździć po chleb? A co, jak w pobliżu nie będzie żadnego sklepu?
- Co ty! Wiesz ile tam chleb kosztuje? Chleb będzie tylko okazjonalnie!
- To co będziemy jedli na śniadanie?? Sam pasztet??!
- No tak.
- Łyżką prosto z puszki??!
- Co? Już nie chcesz jechać?
- Nie zjem samego pasztetu. Kupię sobie swój własny, prywatny słoik nutelli. Nutellę mogę jeść łyżką ze słoika.
- No ciekawe gdzie go zmieścisz.
- Ale jak to? Pasztet z puszki przez miesiąc?
- Dobra, żartuję, będziemy tam kupować jakiś chleb.

Kupiłam namiot. Miał się łatwo rozkładać i składać. Rozłożył się faktycznie łatwo. Przerosło mnie jednak złożenie go z powrotem. Po przestudiowaniu obrazkowej instrukcji i kilku tutoriali na youtube pt: "składanie namiotu quechua dla opornych idiotów" ostatecznie się poddałam i poszłam szukać pomocy u H. Jej zajeło to 20 sekund bez zaglądania do instrukcji. Wniosek? Albo jestem stworzona do wyższych celów niż składanie namiotu albo studia zrobiły ze mnie debila, który umie tylko znaleźć informację, sprawdzić jej wiarygodność w kilku innych źródłach, zakuć na pamięć, ale wciąż nie potrafi wykorzystać swojej wiedzy w życiu codziennym.

sobota, 11 maja 2013

Nam nie wolno chorować

Wezwałam na dywanik Ministra ds Mojego Zdrowia i Samopoczucia.
- Zdaje pan sobie sprawę, jak wiele strat poniosłam przez pana niedopatrzenia? Chyba nie muszę tłumaczyć, jak ważny był dla mnie tamten wyjazd? Szykowałam się do niego tyle czasu... a teraz proszę - siedzę tu z panem pośród zasmarkanych chusteczek, pustych opakowań po lekach i nie mam nawet siły, żeby zabrać się za cokolwiek innego i wykorzystać ten stracony czas na coś choć odrobinę pożytecznego. Co ma pan na swoje usprawiedliwienie?
- Zapewniam panią, że nasze ministerstwo pracuje na najwyższych obrotach. Wciąż namierzamy i identyfikujemy wroga. Wygląda na to, że to profesjonalista, złamał naszą pierwszą linię obrony, a teraz jest niewidoczny dla przeciwciał, wciąż nie możemy odpowiednio uzbroić się przeciwko niemu.
- Proszę uruchomić wszystkie dostępne siły, to sprawa najwyższej wagi! Jutro chcę już czuć się lepiej i zabrać się w końcu za zaległości. A teraz przepraszam pana, pójdę się jeszcze zdrzemnąć... Ah, panie ministrze! Mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę, że pana kolejna porażka nie wchodzi w grę? W przeciwnym razie będę nalegać na pana niezwłoczną dymisję. Zbyt dużo tracę na pana niekompetencji. To wszystko. Dobranoc panu.


poniedziałek, 6 maja 2013

Nie wiem, co robiłam przez cały dzień

Podróże kształcą, bawią i wychowują. Oto kilka wniosków z kończącej się własnie majówki:
1. TLK prowadzą w Poznaniu sprzedaż biletów na konkretne miejsca w konkretnym wagonie, a Poznaniacy bardzo tego przestrzegają
2. Toruń nie słynie wcale w pierników, tylko z tanich drinków i pysznej pizzy
3. Krowy mają dziwne oczy i wsadzają sobie język na zmianę do jednej i drugiej dziurki od nosa.
4. Wiejskie psy gryzą po łydkach
5. Pogoda z Wrocławia przykleja się do dachu samochodu i wędruje za nami przez pół Polski
6. Z wiatrówki strzela się trudniej niż myślałam, a jeszcze trudniej się ją nabija
7. Słowiańskie pieśni ludowe w połączeniu ze współczesnym rapem wcale nie są głupim połączeniem. Zwłaszcza, kiedy puszczone zostają na cały regulator, przy otwartych szybach, z zimnym łokciem w zestawie
8. W Przemyślu są same kościoły
9. Majówka trwa zdecydowanie za krótko, niezależnie od czasu jej trwania. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Do żórawiny!

Pochłonięta wiosennymi porządkami w szafie, bardzo niewyjściowa, dobrze chociaż, że nie śpiewałam, kiedy wszedłeś.
- Co tu się stało?
- Sprzątam.
- A wygląda jak po dobrym, seksie.

***

Brakowało mi takiej przejażdżki. Tego szumu w uszach, poczucia bezwładności, kiedy miękko wchodzisz w zakręty, chwili w własnymi myślami - zdecydowanie lepiej, kiedy kask przyciska je do głowy i nie wylatują gdzieś uchem. 

niedziela, 31 marca 2013

Misz masz

Wprawiłam w zakłopotanie porannych użytkowników kuchennego blatu, kiedy zeszłam na dół w piżamie w poszukiwaniu mleka.
- Jak to jest? Przestawiamy czas na letni o konkretnej godzinie:  np. o 2.00 nagle robi się 3.00. A co by było jakbym miała samolot/pociąg/ autobus o 2.30?
Zanotować: nigdy nie podróżować w dniu zmiany czasu.

***

H. nie doceniła fenomenu "Atlasu chmur". A ja zachwyciłam się nim na nowo. Dopiero teraz, kiedy znam już całą historię udało mi się odkryć kilka nowych szczegółów, powiązać parę nowych wątków i zrozumieć odrobinę więcej. Uwielbiam filmy, które można oglądać wielokrotnie. Takie, które wciąż czymś zaskakują.

***

Ponarzekałabym trochę na pogodę ale już niedobrze mi się robi od słuchania tych narzekań. I tym sposobem ponarzekałam sobie na narzekanie o pogodzie. Wygląda na to, że zgubienie czapki i rękawiczek było jak dotąd największym błędem tego roku.

***

T. publicznie stwierdził dzisiaj, że dobry ze mnie kierowca. I mam na to świadków! Oni też mieli osłupiałe miny...

 

niedziela, 17 marca 2013

Mogę go nazwać Frank?

Praca domowa ze spontanicznego podejmowania decyzji i przedkładania pragnień nad obowiązki odrobiona. Co prawda nie we własnym domu, ale to chyba nawet podnosi jej wartość dydaktyczną. Mam nadzieję, że jesteś dumny.
"Pamiętasz, jak przychodziłaś tu po lekcjach "na herbatę"?
Pamiętam. Zmarnowaliśmy sporo herbaty. Nie lubię pić zimnej.
I chociaż od dawna nie masz już tej miętowej herbaty w kuchni, a ja nie mam już tego śmiesznego łaskotania i skręcania w brzuchu, kiedy tak leżymy razem w Twoim pokoju, to przecież nic nie szkodzi. Po stanie tachykardii, tachypnoe i skurczu jelit na tle psychogennym, przyszedł stan homeostazy. I jest mi z nim fizjologicznie dobrze. A koniczyna jeszcze urośnie, nie martw się.

czwartek, 14 marca 2013

Was fur Beschwerden haben Sie?

Na domowy telefon zadzwoniła jakaś urocza pani. Zasada jest prosta: jeżeli dzwoni domowy telefon to wiedz, że coś się dzieje. Mam wrażenie, że odkąd weszliśmy w posiadanie zastrzeżonego numeru - odbieramy jeszcze więcej telefonów od ludzi chcących nam wcisnąć garnki/ zaprosić na prezentację odkurzaczy/ zaanonsować, że wygraliśmy jakąś nagrodę/ zaproponować ofertę darmowego wszystkiego. Spodziewałam się tego, odbierając telefon i nie pomyliłam się. Po moim "halo" usłyszałam tylko, jak płuca uroczej pani ze świstem wypełniają się powietrzem ... i tu nastąpił trwający około 2 minut monolog. Pani zadzwoniła do mnie ze wspaniałą ofertą badań screeningowych w kierunku chorób serca i zaproponowała sponsorowane przez ONZ (mam nadzieję, że chodziło jej o NFZ) badanie za pomocą pulsoksymetru (które jak się okazało przypomina badanie EKG - ??!!). Dzięki temu wspaniałemu, nowoczesnemu urządzeniu można, jak się okazało, na wczesnym etapie wykrywać i monitorować choroby serca. Niezwykłe, ile możliwości daje nam pomiar saturacji krwi i tętna... Co więcej! Na podstawie niniejszego badania zostanie wdrożona również indywidualna terapia i sfinansowany pobyt w sanatorium!
Po kilku nieudanych próbach wtrącenia się do niniejszego monologu, skapitulowałam. Dyskusja na temat znanego mi zastosowania pulsoksymetrów najprawdopodobniej nie miałaby sensu. Być może firma, którą ta pani reprezentuje, naprawdę wpadła w posiadanie jakiegoś pulsoksymetru z przyszłości, dzięki któremu jakakolwiek dalsza diagnostyka serca nie jest już konieczna i jeden prosty wynik przesądza o sposobie leczenia.  
W każdym razie moje uprzejme: "dziękuję, nie jestem zainteresowana" spotkało się z oburzeniem. Jak to?! Nie chcę zadbać o swoje zdrowie?! Poddać się bezpłatnej terapii w sanatorium?!!
"Dziękuję, ale... ja mam 23 lata... a teraz poczułam się tak STARO".    

czwartek, 28 lutego 2013

"Olśniewająco"

Nigdy nie rozmawialiśmy rano. W czasach, kiedy jeszcze T. regularnie podrzucał mnie samochodem - najpierw na Nankiera - w drodze na Traugutta, potem na Kruczą - w drodze na Weigla. 20 minut milczenia z polityczno-gospodarczym bełkotem radia Tok FM w tle. Nie, nie przeszkadzało mi to milczenie. Tylko trochę żal mi było T. Myślami był już dawno w pracy i chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, jego mimika i ręce odgrywały już mające dopiero nastąpić rozmowy, decyzje i sytuacje. Nie chciałam przeszkadzać w tym mentalnym przygotowaniu, udawałam, że nie widzę, jak marszczy brwi, sznuruje usta i bębni palcami w kierownicę.
I chociaż w studenckim życiu zaczyna doskwierać monotonia i bezsensowność niektórych zajęć, brak zaangażowania ze strony prowadzących i ciągły niedobór nowych wyzwań i możliwości zrobienia czegoś samodzielnie - pewnie zatęsknię za nim szybko, kiedy okaże się, że zamiast porannej porcji muzyki na cały regulator, potrzebuję ciszy, skupienia przed całym dniem podejmowania trudnych i odpowiedzialnych decyzji.   

czwartek, 21 lutego 2013

Runny nose

Zgubiłam czapkę. A w sklepach nie uświadczysz już zimowych ciuchów. Na dworze -5 stopni, w galeriach  wiszą już szorty i wiosenne sukieneczki. Wybrałam sobie najgorszy moment na zgubienie czapki. Zarzuciłam na głowę jedną pętlę szalika. Prowizorka, ale niech będzie. Chwilę później wyminął mnie chłopiec w białym fartuchu i szpitalnych butach. "zimno?" uśmiechnął się. "zimno mi jak na ciebie patrzę".

Spektakl? Dobry. Nie rewelacyjny. Ale dobry. Może faktycznie jesteśmy jeszcze "za młodzi". Może i dobrze. 70 minut tuż pod sceną, z ciepłem Twojej ręki na moim kolanie. I chociaż drażniła mnie mimika "Lisy" i chociaż pani obok ciągle chichotała w najmniej oczekiwanych momentach, kilkakrotnie coś ukłuło  głęboko na dźwięk wypowiedzianych kwestii. Ktoś wreszcie nazwał trafnie to, co w mojej głowie jest tylko garścią myśli zaczynających się od "a z drugiej strony...". Wypowiedział na głos najskrytsze obawy a zarazem podbudował i uspokoił.

(...)"   Nie chcesz już ze mną żyć, ponieważ ze mną żyjesz. Nie jestem już twoją ucieczką, jestem twoim więzieniem, obijasz się o mnie, znosisz mnie."

(...)" „Mieć” zaufanie. Nigdy się nie „ma” zaufania. Zaufanie to nie jest coś, co się posiada. To coś, czym się obdarza. „Darzy się” zaufaniem. Chciałabyś, żeby miłość do­wiodła ci, że is­tnieje. Nie tędy dro­ga. To ty masz do­wieść, że istnieje."

(...)" Kochać to znaczy mieć tę wyt­rzy­małość, która poz­wa­la przechodzić przez wszys­tkie sta­ny, od cier­pienia do ra­dości, z tą samą intensywnością."

czwartek, 31 stycznia 2013

Sesja

Sesja w tym roku podwójna. Siedzę i zakuwam, dwa piętra niżej siedzi H. i tnie ściągi. I nawet nie mam o to żalu. I tak nie umiem ściągać. Umiem zakuwać. Ciąć też umiem, ale to jeszcze nie wystarczy, żeby móc nie zakuwać.    

sobota, 19 stycznia 2013

Sentymentalnie

Wiesz, że dorosłyśmy? Uświadomiłam sobie, patrząc przez okno na nasz ośnieżony ogródek. Wiesz, czemu dorosłyśmy? Bo nie ma już w nim śladów naszych butów i naszych artystycznych wizji śniegowego bałwana. Wiesz, kiedy to się stało? Pamiętasz od ilu lat nie ma już śladów na śniegu, zjazdów na sankach, bitew na śnieżki, czapek i rękawiczek suszących się na kaloryferach? Pamiętasz, od jak dawna śnieg kojarzy nam już tylko się z obowiązkiem odśnieżania i utrudnieniem na drogach? Wiesz, że się starzejemy? Że za kilka lat to nasze dzieci będą zostawiać na śniegu ślady swoich butów i piszczeć z radości, zjeżdżając na sankach w parku. Wiesz, kiedy to wszystko minęło? Jak podstępnie cicho upłynęło kilka zim w naszym ogródku. 

piątek, 18 stycznia 2013

Udaję, że się uczę

Pamiętasz, jak powiedziałam Ci dawno temu, że najbardziej w związku cenię sobie swobodę bycia sobą i brak ograniczeń? Idiotka. Spróbuj kochać i nie ograniczać. Spróbuj kochać i nie dopasowywać. Podświadomie. Subtelnie. Zmieniamy kształt jak plastelina pod delikatnym naciskiem słów i gestów. Miękniemy łatwo w cieple drugiej osoby. Buntujemy się i stawiamy opór, kiedy nacisk staje się zbyt silny i gwałtowny. Żmudny, powolny proces wzajemnego "docierania się" do siebie. Obyśmy tylko nie wyszli z niego powykręcani, zniekształceni i rozczarowani, że mimo starań - ponieśliśmy porażkę. 

sobota, 12 stycznia 2013

Dialogi prawdziwe part I



Z serii: perfekcyjna pani domu, która stołuje się dwa piętra niżej:
B. przygotowuje się do zrobienia jajecznicy:
- Skąd to masło wziąłeś?
- Z twojej lodówki.
- To lepiej umyj patelnię, dam Ci olej. I wywal to masło, nawet nie pamiętam, kiedy je tu przyniosłam.
- A chcesz ser do jajecznicy?
- Ser też znalazłeś w lodówce? To sprawdź do kiedy ważny.
- Noo już nieważny. A jajka są świeże?
- Świeże.
- To czemu mają na opakowaniu datę 11.12.2012?
-??? Nie wiem. Ale... wydawało mi się, że są dobre. Idę na dół po inne.
Po powrocie:
- Te jajka jednak były dobre, ktoś je chyba po prostu przełożył do innego opakowania. Bo ty chyba nie kupujesz w takim opakowaniu, co nie?
- No nie. Aha, łyżki nie musisz myć, tu masz drugą, czys... dobra, umyj sobie. 

***

- Zobacz, jaką miałam wróżbę w ciasteczku! "Prawdziwa miłość, przyjaźń i satysfakcja z pomocy innym to uczucia, które pulsują w Twoim sercu". No cała ja!
- Mojej chyba nie chcesz słyszeć.
- No, dawaj.
- "Spróbuj zakończyć wlokące się sprawy bo nadchodzi czas, który pozwoli Ci na ogromny rozwój"...
- Ekstra. A co ma znaczyć to wymowne spojrzenie?!

***

- Ja nie wiem, jak wy, laski zauważacie to, czy ktoś schudł czy przytył...
- No jak można tego nie zauważyć?! Zresztą ty też zauważyłeś, że X przytyła i że Y przytyła.
- No ale one to chyba podwoiły swoją wagę w ostatnim czasie! Dążą do kształtu idealnego! Obliczasz wzór na objętość kuli i już wiesz, ile wody wyleją z wanny! 

sobota, 5 stycznia 2013

Poker face

Zgubiłam się gdzieś pomiędzy obojętnością, bezradnością i niechęcią. Nie mam noworocznych postanowień. Chyba zostawiłam gdzieś swoją silną wolę i motywację do działania. Nie chce mi się walczyć z własnymi słabościami, nie chce mi się pracować nad "wizerunkiem". "Zmień minę", "Nie dąsaj się", "Wyluzuj trochę i baw się ze wszystkimi", "Musisz podnosić kąciki ust, bo wyglądasz jakbyś była wkurzona", "Nie mierz wzrokiem", "Uśmiechnij się", "Czemu nie siedzisz ze wszystkimi?". Po kilku dniach takiej szkoły aktorskiej i samodyscypliny w "wyrażaniu swoich pozytywnych uczuć wobec wszystkich dookoła" mam ochotę zamknąć się gdzieś na kłódkę i nie przyjmować żadnych gości ani petentów. Tym bardziej, że moja wysublimowana gra rodzi aprobatę publiczności. Osoby, co do których miałam pewność, że znają mnie i moją standardową minę na wylot, przychodzą, żeby powiedzieć: "Tak się cieszę, że się wyluzowałaś, widać, że nareszcie jesteś szczęśliwa". Gratuluję interpretacji i czekam na pozytywną opinię krytyków. Potem mogę już tylko zgarnąć Oskara, za najbardziej nieswoje zachowanie w historii i wyjechać gdzieś na dłuuugie wakacje. Ja i moja wiecznie nadąsana, obrażona mimika twarzy.