piątek, 26 grudnia 2014

Lulaś

W tym roku choinka w końcu nie jest złoto-czerwona. A pod nią zamiast prezentów leżą torby książek, odkurzacz i środki czystości. W tym roku o dziwo wszyscy w domu. A ja zamiast sylwestrowych kiecek, szukam w internecie firm meblarskich i transportowych. M. biega po pokojach z miarką i próbnikami tkanin. Tylko kot leży zawsze tam, gdzie leżał i zasłania ogonem czujnik dekodera- jedyny stały punkt tegorocznych Świąt.
Zabrakło mi trochę tych stałych punktów. Zabrakło mi równowagi. Zbyt wiele dynamiki dookoła, zbyt statycznie w środku.


wtorek, 16 grudnia 2014

"Zeszłaś na psy"

Szczerze wątpię, by osoby prowadzące i przygotowujące poranne programy radiowe zdawały sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność spoczywa codziennie na ich rękach. Odpowiedzialność za moje poranne dobre samopoczucie i pozytywny nastrój. 6 stacji radiowych wgranych w pamięć mojego radia samochodowego, a i tak zdarza się, że na wszystkich z nich w tym samym momencie pojawiają się w kółko te same reklamy, te same informacje i komunikaty meteorologiczne, albo te same opatrzone muzyczne "hity". W końcu  ile razy można słuchać "La Bamba", stojąc na  światłach na skrzyżowaniu Borowskiej z Dyrekcyjną?

***

Z rękoma w kieszeniach fartucha chodzimy za lekarzem od drzwi do drzwi, oglądając pacjentów jak jakieś szpitalne eksponaty. Szybko, pobieżnie, bez szczególnego zainteresowania, z zawstydzonym "do widzenia" rzuconym na koniec w podłogę.
- A pan z czym leży?
- Ja po operacji kolana jestem.
- No, kolana. Widzicie państwo. A kto pana operował?
- A ja nie wiem. Taki pan doktor wysoki.
- No, spuchnięte jeszcze, ale goi się widzicie państwo. Jak pan się nazywa?
- Kowalski. Jan.
- Pan Kowalski. Zapiszcie sobie. To sobie potem pana zdjęcie obejrzymy... a państwo już wiedzą, jakie specjalizacje wybiorą?
- Zobaczymy jakie rzucą - przez grupę przetacza się fala ponurego śmiechu.
- No tak... a pani może już sobie wybrała kierunek?
- Tak. Na zachód.

***

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości 
Jak ty

Pidżama Porno


piątek, 12 grudnia 2014

Aspiryna

Najważniejsze, to na coś czekać.
I żeby zawsze mieć na co czekać.
I jeszcze żeby od czasu do czasu coś, na co czekamy zrobiło nam niespodziankę i okazało się być trochę inne, niż oczekiwaliśmy. Pozytywnie lub negatywnie - byle we względnej równowadze.
Mój "łososiowy" pokój okazał się być pokojem lalki Barbie.
Za to mój poziom niemieckiego okazał się być wyższy niż sądziłam.
Pigwówka T. okazała się być niestety wytrawna.
Kot okazał się być natomiast nie taki gruby jak przypuszczaliśmy. Wystarczyło go wykąpać, żeby ocenić ile tak naprawdę kota jest w kocie.
Czekam na Święta, czekam na kominek, na Nowy Rok i na pierwsze narty. Czekam na sobotni poranek z cynamonową kawą wypitą na spokojnie i na ładniejszą pogodę, żeby móc pobiegać na zewnątrz zamiast na bieżni. Czekam na drobiazgi i na duże wydarzenia. Te odległe i te bardzo bliskie. Te, które na pewno nadejdą i te, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzą. Mniej lub bardziej cierpliwie. Z większą lub mniejszą wiarą i zestawem oczekiwań.
Niech zaskakują. Nadają prędkości  i momentu obrotowego, zmieniają płaszczyzny i kąty. Od tego przecież są, bez nich byłoby nudno.


I truly believe there exists some combination of words - there must exist certain words in a certain specific order that would explain all of this, (...), I just can't ever seem to find them.

Walter White, Breaking Bad 

 

środa, 3 grudnia 2014

Orange Fresh

- A w ogóle to kim jesteś?
- Tylko kimś, kto wie z własnego doświadczenia, jak pociągająca może wydawać się myśl, że możesz komuś pomóc miłością. 
- Mogłabym przysiąc, że dopiero co się poznaliśmy - powiedziała Madeleine. - I że nic o mnie nie wiesz. 
Henry wstał. Z lekko urażoną miną, ale z niewzruszoną pewnością siebie oznajmił:
- Ludzie nie ratują innych ludzi. Ratują siebie. 
Zostawił ją z tymi słowami, żeby miała o czym myśleć. 
Kobieta z potarganymi włosami gapiła się w telewizor, zawiązując i rozwiązując pasek szlafroka. Młoda Murzynka, też w wieku studenckim, siedziała przy stole prawdopodobnie ze swoimi rodzicami. Sprawiali wrażenie przyzwyczajonych do tego miejsca. Po kilku minutach wrócił Leonard. 

Intryga Małżeńska 
Jeffrey Eugenides

niedziela, 30 listopada 2014

sold out

Najnowszy model lalki barbie będzie miał proporcje ciała zbliżone do normalnej kobiety, pryszcze, rozstępy i zmarszczki na twarzy. Wszystko po to by nie wpędzać małych dziewczynek w kompleksy i nie kreować w młodym wieku nieosiągalnych kanonów piękna. Ciekawe, czy ze sklepów z zabawkami wycofają też modele samochodów wyścigowych dla chłopców. Po co pozwalać dziesięciolatkom na ucieczkę w świat marzeń, skoro i tak w większości przypadków za kilkanaście lat będzie ich stać tylko na zakup używanego samochodu sprowadzonego z Niemiec? Zastąpmy więc czerwone ferrari jakimś rodzinnym modelem forda z fotelikiem dla dziecka i kratką dla psa. Może barbie z krótszymi nogami też w końcu się do niego zmieści. 

***

Mroźny niedzielny poranek. Gdyby S. spotkał mnie po drodze na wały, powiedziałby pewnie, że w tej kurtce i czapce wyglądam jak mały, biedny, zdyszany chłopiec. Zresztą S. prażył się pewnie tego dnia w pełnym słońcu na drugiej półkuli, po drugiej stronie równika... albo jeszcze smacznie spał, biorąc pod uwagę różnicę stref czasowych. 
Biegłam przez wały i pusty park, czując jak stopniowo przemakają mi rękawiczki, a twarz tężeje od mrozu tak bardzo, że mięśnie mimiczne i żuchwy po kilku kilometrach zupełnie odmówiły posłuszeństwa i pozostało mi biec dalej z miną szczerego zdziwienia, wydychając przed siebie kłęby pary. Biegłam, krusząc pod nogami zamarznięte liście. Wszystko wokół ucichło i zastygło w tym zimowym letargu, tylko wrony szybowały wśród nieruchomych gałęzi drzew przyglądając mi się z daleka z równie szczerym zdziwieniem. 

czwartek, 27 listopada 2014

Abraci

Dialogi prawdziwe:
- Wiesz, że Hans Kloss nie żyje?
- Mikulski? Słyszałam, w radiu mówili. Ile on miał lat?
- Chyba osiemdziesiąt pięć... widzisz...a ta świnia Brunner dalej się trzyma...

***

- To co ci teraz powiem... nie zrozum mnie źle, chciałabym po prostu zwrócić ci na coś uwagę.
- To już od początku brzmi źle...
- Po prostu jesteś ostatnio potwornie pesymistyczna. Epatujesz pesymizmem, wydzielasz go do otoczenia. Każdą sytuację przedstawiasz od tej najgorszej strony, skupiasz się tylko na negatywnych aspektach. Zrozum, to ty kreujesz świat dookoła siebie, jeżeli będziesz postrzegać go tak źle, to on będzie zły. Musisz zacząć od zmiany nastawienia.

Przemyślałam, przeanalizowałam i ze względu na ograniczone fundusze postanowiłam podziałać na moje nastawienie najbanalniejszymi metodami społeczeństwa materialistyczno-konsumpcyjnego. Zainwestowałam w rossmanie w najbardziej tandetną "świąteczną" świeczkę zapachową, wyciągnęłam czajniczek do zielonej herbaty (ten na specjalne okazje), uzupełniłam pufę kulkami ze styropianu i wyjęłam z torby książkę od A. (Taką zwykłą. Niemedyczną. Nie po niemiecku). Akcję zmiany nastawienia i nastroju uważam za oficjalnie rozpoczętą.
A dla zrównoważenia tego przytulnie dusznego, cynamonowego, świątecznego nastroju:
"Alice Cooper. Najbrzydsza kobieta jaką znam."
Mroczne Cienie 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Du musst hupen!

Rozłożyliśmy się na sofach i fotelach - każdy z nosem w telefonie, każdy z butelką innego piwa. Zasłuchani w dźwiękach playlisty, wybranej specjalnie dla nas przez Spotify, specjalnie na dzisiejszy wieczór. Specjalnie po to by podstępnie nas uśpić. Nie mieliśmy już nawet siły podtrzymywać dalej rozmowy. Wystarczająco dużo niemieckiego, jak na jeden weekend. Dopiłam piwo do połowy i dopiero zdałam sobie sprawę, że znaczek na butelce nie wskazał jeszcze jego prawidłowej temperatury. Ignorantka ze mnie. Tak dawno nie piłam już piwa, że nawet przy tej nieodpowiedniej temperaturze smakowało jak marzenie i szybko wypłukało resztki porannych nerwów z głowy, zastępując je uczuciem słodko-mętnym, jakby lekko odległym i zdecydowanie lżejszym, niż te świeżo wypłukane nerwy. Można było podjąć przerwaną dyskusję od nowa. Mój język ogłosił własnie częściową autonomię,  niemiecka gramatyka i poprawna konstrukcja zdania zeszły gdzieś na dalszy plan, a tematy do rozmowy odnalazły się same, pomiędzy jednym a drugim łykiem pociągniętym łapczywie z dna butelki.


czwartek, 13 listopada 2014

Epiphany and homeostasis

A gdyby tak rzucić to wszystko w cholerę. Tak po prostu. Z miejsca. Pieprzyć strategie i konwenanse. Wstać z kanapy, dramatycznym gestem odrzucić koc i książki. Pojechać tak jak się stoi - w związanych włosach, skarpetkach nie do pary, bez pomalowania paznokci. Wydać wszystkie oszczędności na pierwszy lepszy samolot. Może być najdroższy, pieprzyć to. Może być z przesiadkami. Mogę siedzieć gdziekolwiek. A gdyby tak rzucić to wszystko w cholerę tylko po to by wykrzyczeć Ci w twarz...wszystko...jeszcze nie wiem co. Jeszcze nie wiem w jakim języku. Na filmach czasem tak robią. Z reguły działa. Z reguły kończy się dobrze. Taki punkt kulminacyjny, po którym następuje rozładowanie napięcia i wszyscy są z powrotem szczęśliwi. Przeszło Ci to kiedyś przez myśl? Mam nadzieję, że tak. Że przynajmniej raz. W przeciwnym razie moja chęć rzucenia wszystkiego w cholerę byłaby całkiem bezpodstawna i kretyńsko naiwna.
Na szczęście (chyba na szczęście) ten ciepły, miękki koc i książki zatrzymują mnie na kanapie odrobinę dłużej. Na tyle długo, by zdać sobie sprawę, że z tym to trochę jak na wojnie. A dobry dowódca wojenny to dobry strateg. Dobry dowódca dba w pierwszej kolejności o swoich wojowników. Potrafi odważnie walczyć w pierwszej linii do samego końca, ale wie również, kiedy wycofać się w porę, by nie ponieść niepotrzebnych strat. Dobry dowódca nie rzuca wszystkiego w cholerę, nie poddaje się chwilowym porywom emocji. A dobrym dowódcą nie zostaje się ot tak. Potrzeba lat praktyki, wniosków wyciąganych z każdego zwycięstwa i z każdej porażki. Czasem potrzeba też chłodnego pokoju i ciepłego koca by ostudzić nieco nagłą chęć rzucenia wszystkiego w cholerę i wstania z kanapy. 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Avanti!

Jeszcze dobrze nie usiadłam na kanapie, a kot już wpakował się na moje kolana ze swoim grubym, rozmruczanym, zimowym tyłkiem, wyraźnie zadowolony, że ktoś wreszcie wrócił do domu, napełnił miski i udostępnił swoje kolana do spania. Najwidoczniej wymiar poprzeczny kaloryfera okazał się niewystarczający w stosunku do wymiaru poprzecznego kota. Zasiedliśmy więc przed telewizorem szukając czegokolwiek sensownego i odprężającego w ofercie kilkuset kanałów. Serial, serial, reklama, reality show, znowu reklama, wiadomości, polityka, kolejne reality show, gotowanie, jeszcze jeden serial, telezakupy... ach, już sobie przypomniałam, dlaczego nie oglądam na co dzień telewizji!
Po kilku minutach intensywnych poszukiwań, stanęło na filmie przyrodniczym, który tylko potwierdził wcześniejsze podejrzenia mojej kompletnej destabilizacji psychicznej i nastrojowej w ostatnim czasie. Jeszcze nigdy widok pingwinów ślizgających się niezdarnie i upadających na lodzie, nie rozczulił mnie tak bardzo. Jeszcze nigdy nie miałam łez w oczach na widok taty pingwina, który wraca do swojego gniazda i po raz pierwszy spotyka swoje wyklute z jajka potomstwo. T, zawsze powtarzał, że za dużo telewizji robi dziury w mózgu. Najwyraźniej miał rację.

***

Wyjrzałam za okno, aby ponapawać się jeszcze efektem mojej kilkugodzinnej ciężkiej pracy z grabiami w ogrodzie. Po efekcie nie pozostało już ani śladu - liście jak leżały tak leżą, na drzewach pozostał jeszcze spory ich zapas. Czekają najwyraźniej, żeby spaść w kolejne turze na świeżo wysprzątany trawnik. Efektu brak, zakwasy pozostały, narodziła się nienawiść do ogrodnictwa. 

sobota, 25 października 2014

Moc, energia, amfetamina

"Zostawiłam/em tam jakąś cząstkę siebie" - słyszę często od tych, którzy tak jak ja wrócili i tęsknią. 
Nie wiem czym jest ta magiczna "cząstka". Nie wiem na czym dokładnie polega tęsknota. Zostawiłam tam na pewno sporo odcisków moich palców. Jeszcze więcej włosów, śladów stóp, naskórka, kropli potu, kilka łez. Zostawiłam trochę jedzenia w lodówce, część moich notatek w pokoju D. Zostawiłam kilka drobiazgów, które ostatecznie nie zmieściły się do walizki. Za nimi tęsknię? Za moimi odłączonymi atomami zgubionymi gdzieś w przestrzeni daleko stąd? Widzisz, ja zawsze byłam tu. Zawsze w tym samym mieście. Chyba więc nigdy wcześniej za niczym tak naprawdę nie tęskniłam. Nie musiałam. A tęsknota jest jednym z tych skomplikowanych uczuć, które ciężko opisać czy chociaż przypisać jednoznacznie do kategorii: "negatywne/ pozytywne". Jak w przypadku każdego nowego uczucia, będę musiała nauczyć się przerabiać ją na coś przydatnego, wartościowego i trwałego. Nie cierpię marnować uczuć. Jeszcze nie wiem jak będzie smakować ani jaką będzie miała konsystencję. Jeszcze nie odgadłam czy lepiej będzie ją ugotować czy zamarynować, jak szybko się psuje i jak należy ją przechowywać. Na razie wiem, że wymaga ode mnie sporo pokory i cierpliwości - takiej długoterminowej, cichej i konsekwentnej. Na razie widzę też, że przyniosła odrobinę dystansu do świata, trochę nadziei i trochę nowej motywacji. Może więc ostatecznie okaże się nie taka gorzka, jak przewidywałam na początku. 
   

środa, 22 października 2014

"Dlaczego tlen jest toksyczny?"

Tegoroczny Nobel z dziedziny medycyny i fizjologii przyznano odkrywcom tzw. wewnętrznego GPS-a czyli komórek mózgowych odpowiedzialnych za orientację w terenie. Przynajmniej wiem już, jak nazywają się komórki, które w moim przypadku są niedorozwinięte. "Mam słabo rozwinięty układ komórek siatki w hipokampie" brzmi nieco majestatyczniej niż "myli mi się prawa i lewa strona i potrafię zgubić za pierwszym lepszym zakrętem".
Ale wiesz, myślę, że odkryłam w sobie coś znacznie cenniejszego. Taki mój wewnętrzny kompas. Najprostszy, ze strzałką wiecznie skierowaną w jednym kierunku. Żadne tam skomplikowane GPS-y, układy komórek, aplikacje, mapy czy wskazówki. Mój kompas jest banalny i idioto-odporny, niewymagający ani baterii ani akumulatora, ani wifi, ani aktualizacji, ani zakupu licencji, ani dostępu do sieci telefonicznej, ani nawet światła słonecznego czy instrukcji obsługi. Nie psuje się, nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności czy doświadczenia. Wystarczy pamiętać, że ma się go przy sobie. Nawet w samym środku tak zwanej ciemnej dupy, nawet jeżeli pomyli mi się prawa z lewą stroną, nawet jeżeli zgubię się na dobre - zawsze mam przy sobie strzałkę wskazującą uparcie ten sam kierunek. I chociaż na linii strzałka-horyzont nie widzę aktualnie żadnego konkretnego punktu ani celu, przynajmniej wiem, że idę bez celu po linii prostej, zamiast kręcić się w kółko. A to już spory postęp. Mocno wierzę, że ta strzałka dobrze wie, co robi.   

środa, 15 października 2014

Mejor pedir perdón que permiso

M. wpadła do sali jak zwykle uroczo zarumieniona na policzkach i jak zwykle w dobrym nastroju. Patrząc na jej uśmiech od samego wejścia, zastanawiałam się, jak ona to robi, ze już od samego rana jest rześka, kwitnąca i gotowa do działania. Mnie o tej porze dnia nie ożywia nawet radio włączone podczas jazdy na pełny regulator, a poranne prelekcje przed częścią ćwiczeniową zajęć rzadko kiedy wnoszą coś konstruktywnego do mojej edukacji. Z reguły po 20 minutach zdaję sobie sprawę, że tępo wpatrzona w jeden punkt na ścianie, odpłynęłam myślami do krainy radosnych bezmózgowców.  
- Ej, w macu rozdają dziś kawę za darmo.
- Jak to za darmo?!
- No za darmo. Do jedenastej chyba kawa nic nie kosztuje. Taka promocja.
- To idziemy!
- Nie zdążycie. Zostało 7 minut do prelekcji.
Obrzuciłyśmy A. wymownym spojrzeniem. Ale A. nie pija kawy więc niech będzie jej wybaczone. Dla mnie ta kawa mogła być ratunkiem na dzisiejszych zajęciach. Energiczny spacer do maca + dodatkowa dawka kofeiny! A prelekcja nie zając. Nie ucieknie. Wpadłyśmy na nią spóźnione, z czterema gorącymi kubeczkami w dłoni. Pociągnęłam spory łyk i skupiłam wszystkie dotychczas obudzone i uruchomione synapsy mózgowe na wyświetlanych slajdach. Żeby jednak nie trzymać szanownych Czytelników we wzrastającym napięciu, dodam od razu, że mój zapał do zdobywania nowej wiedzy nie potrwał zbyt długo. Podobno natężony wysiłek fizyczny z pominięciem rozgrzewki grozi kontuzją. Mam nadzieję, że ta zasada nie dotyczy komórek mózgowych. Tak czy siak - jak prawda (?) prelekcja prowadzona jest prawda (?) w taki prawda (?) sposób to ani spacer ani najlepsze chęci ani nawet ta prawda (?) darmowa kawa nie pomogą. Prawda?


piątek, 10 października 2014

Bochenek

- Dlaczego jest tyle piosenek o miłości? - zapytałam mamę, kiedy miałam może 5-6 lat.
- Bo to jest chyba to, co w życiu człowieka jest najważniejsze. To, czego szukamy i czego najbardziej potrzebujemy. Człowiek bez miłości jest nieszczęśliwy.
Wtedy, otoczona ze wszystkich stron miłością i uwagą rodziców i dziadków, nie do końca rozumiałam, dlaczego ludzie mieliby jej szukać, albo za nią tęsknić. Była przecież dookoła.
Dlaczego teraz o tym? Bo moja burza hormonalna wprawia mnie ostatnio w dziwnie refleksyjne nastroje. Bo dziś o 10.00 rano, w ten nieprzyzwoicie słoneczny, październikowy dzień, wysiadłam z samochodu razem z walizką pełną książek medycznych z poprzednich lat studiów. Sprzedałam je wszystkie błyskawicznie tłumowi przestraszonych "pierwszaków", studząc przy okazji nieco ich histeryczne nastroje. Nie, anatomia to nie koniec świata. Tak, da się przeżyć te studia. Nie, nie uczyłam się całymi nocami, nie umarłam, nic nie ćpałam, nie polecam.
Mój ostatni rok studiów. Naprawdę? To już? To ten moment, kiedy mogę nieśmiało podnieść paluszek w górę i zgłosić swoje plany, oczekiwania i pomysły na przyszłość? Nie tylko na kolejną sesję, albo to, co po niej, ale wyjrzeć ostrożnie gdzieś tam dalej, poza horyzont - na morze opcji i możliwości? Zadecydować sama i wypłynąć samotnie i samodzielnie na nowe wody?
Bo wczoraj wieczorem wracałam samochodem przez opustoszałe miasto. Słuchając nieśmiertelnych, wypłowiałych i sfatygowanych przebojów z radia (tak, właśnie o miłości), obserwowałam wielki nieruchomy księżyc wśród gałęzi drzew. Ceteris paribus czas ustalić nowe priorytety i cele. Te długoterminowe, te ważne i ważniejsze. Bez planu przecież ani rusz, prawda, M.?
    

wtorek, 7 października 2014

auf den Hund kommen

Byłam niezwykle irytującym dzieckiem. Przemądrzałym, popisującym się i szukającym nieustannie uwagi dorosłych. A na dodatek lubiłam dużo śpiewać. Nikt mi wtedy jeszcze nie powiedział, że nie powinnam. Powinni mi zabronić. Oszczędziliby tylu traumatycznych doznań sobie samym i mnie, oglądającej po latach stare rodzinne filmy. Oglądającej siebie "przez palce".
Jak wiele jest w stanie zapamiętać dwulatek? Trzylatek? Pięciolatek? Jak przepastna jest nasza pamięć, jak głęboko możemy schować nasze wspomnienia i czy damy radę kiedyś jeszcze odnaleźć je w nienaruszonym stanie? Ile obrazów i uczuć mogą przywołać stare filmy? Pamiętam moje zabawki, rysunki, meble i ubranka. Pamiętam, choć bez tych nagrań pewnie już nigdy nie przywołałabym ich z otchłani wspomnień. Pamiętam sytuacje, sceny, dialogi. Przeżywam na nowo uczucia, które im towarzyszyły. Jak w deja vu. Z rozbawieniem śledzę mimikę twarzy i zachowanie M. i T. - dobrze mi znane gesty, powiedzonka, mrugnięcia okiem - tak jakby czas w tym wypadku zatrzymał się w miejscu. Ze wzruszeniem słucham wierszyków z dzieciństwa i piosenek z przedszkola. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniły, pewne przetrwały w mojej pamięci uśpione przez lata, pewne odkrywam jako zupełnie nowe i...jakby nie moje. Pamiętam dobrze niski głos pana z kaset magnetofonowych, który czytał nam bajki na dobranoc. Nie pamiętałam głosu D.
  

czwartek, 2 października 2014

kawa z automatu

Dialogi prawdziwe:

- Zrobisz coś dla mnie? Kliknij na ten link, który ci wysłałam i "polub" marzenie z wielorybem.
- Co mam zrobić??
- To jest taki konkurs. Trzeba było opisać swoje marzenie z dzieciństwa i można wygrać gotówkę. Więc napisałam, że zawsze chciałam zobaczyć na własne oczy prawdziwego wieloryba. Klikniesz? Potrzebuję "lajków".
- E., ale to jest po polsku...
- No i co z tego? Wszystko ci napisałam, musisz tylko kliknąć. Nie niszcz mi moich marzeń tylko dlatego, że są po polsku!

***

- H., chodź, obejrzysz coś z nami!
- Co mam oglądać?
- Znaleźliśmy film, jak E. miała roczek! Chodź zobacz!
- Ale mnie wtedy jeszcze nie było na świecie.
- No dobrze, ale zobaczysz, jaka E. była malutka i jacy rodzice byli młodzi.
- Dramatów z kiepską obsadą nie oglądam.
badum-tsss!

***

Robienie sobie herbaty albo kawy w małym kubku zupełnie się nie opłaca. Przydałoby mi się "wiaderko" o pojemności co najmniej 400ml.  Zwłaszcza, że na wypadek jesiennej chandry, zaopatrzyłam się w waniliową kawę i cały zestaw herbat pachnących owocami, kwiatami, przyprawami - "samą chemią", jak mawia T., krzywiąc się na te nowe zapachy w domu. Zresztą jesienna chandra nadciąga nieubłaganie. Miasto z dnia na dzień szarzeje i coraz szczelniej opatula się szalikami i kołnierzami płaszczy. Kot z dnia na dzień coraz nachalniej domaga się moich kolan i coraz bardziej przypomina kształtem puchatą kulkę. Ogród znów jest pełen liści, a w parku i nad rzeką bombardują mnie spadające z drzew żołędzie. Tylko w radiu wciąż słychać jeszcze wakacyjne latynoskie hity. Dziwnie komponują się z szumem moich wycieraczek o poranku.


środa, 24 września 2014

zum Kuckuck

W ramach walki z własnymi słabościami i lękami, wjechałam dzisiaj windą na 49. piętro skajtałera. Po drodze dwa razy zatkały mi się uszy, na górze trochę trzęsły mi się nogi, nie udało nam się zrobić sobie porządnego zdjęcia, nie podeszłam do szyby tak blisko jak D. Ale wjechałam. Byłam, widziałam, zwyciężyłam - parafrazując jednego rzymianina.
Dla równowagi poprzednią noc spędziłam zwinięta w kłębek na kanapie. Bo w moim łóżku był wielki pająk. No dobra, może nie taki wielki. Ale był. Tyle wystarczyło, by to on zwyciężył. 
Walka walką. We wszystkim należy mieć umiar.    

poniedziałek, 15 września 2014

Zion

" Czemu nic nie piszesz? Nic się nie dzieje?".
Wręcz przeciwnie. Dzieje się. I to dużo. Zdecydowanie za dużo by relacjonować na bieżąco. Potrzeba mi było odrobiny dystansu czasowego, rozmowy z M. przy niskobudżetowej opcji kawy i wreszcie ciszy mojego mieszkanka, żeby nazwać i uporządkować wszystkie symptomy, oddzielić je od skutków ubocznych i poszukać patogenezy całego procesu. Prostej, banalnej zależności. Im więcej nowych wrażeń, doznań, emocji i doświadczeń kumulujesz w sobie; im bardziej otwierasz się na świat i różne jego warianty, tym bardziej czujesz się w tym procesie osamotniony. Tym mniej osób, które słuchają ze zrozumieniem. Które chcą słuchać. Twoich przemyśleń. Twojego zachwytu i zdumienia.
Czy mi z tym źle? Nie! Wręcz przeciwnie. Tym razem obejdzie się bez leczenia. Chłonę łapczywie nowe, nieznane i niezdefiniowane barwy, eksperymentuję i mieszam je w sobie. A im więcej tych barw i kombinacji jest we mnie, tym bledszy wydaje się wszystko dookoła. Brutalnie logiczne. H. twierdzi, że wreszcie, jak upośledzone względem rówieśników dziecko, wkroczyłam w fazę buntu. A ja czuję, że to raczej faza samodzielności i samookreślenia. Tak czy siak dobrze mi w niej. Ciekawiej niż zwykle.  


piątek, 29 sierpnia 2014

kurczak po seczuańsku

Zawsze chciałam biegać tak jak T. W dniu, w którym poszliśmy po raz pierwszy razem na stadion i po trzech okrążeniach prawie wyplułam swoje płuca; obiecałam sobie, że kiedyś pobiegniemy gdzieś razem w dłuższą trasę. Tak, żeby T. nie zanudził się przy okazji na śmierć, a moje płuca nadal pozostały na swoim miejscu. Brzmi sprawiedliwie? No to pobiegliśmy. Kilka dobrych lat później, spontanicznie, bez konkretnego planu ani celu.
- Wiesz, że w tym roku musimy jeszcze obiec naszą wyspę dookoła?
- Ile to jest?
- Jakies 12 - 13 km. - Sprawdziłam. Mapy Google twierdzą, że 15km i wolę trzymać się tej wersji. 15km brzmi jakoś tak bardziej majestatycznie.
- Ok, ale potem ja kupię sobie taki porządny zegarek z GPS-em i zacznę się przygotowywać do półmaratonu.
- Ok. A ja jak już będę stary to kupię sobie taki wózek z dużymi kołami i porządną amortyzacją i będziesz mnie tu wozić biegiem po tych trasach. Zgoda? - wyobraziłam sobie T. w jego nieśmiertelnych skarpetkach od garnituru, goglach i tej przedwojennej, skórzanej czapce pilota, którą trzyma na dnie szafy na specjalne okazje; siedzącego na rozpędzonym wózku z ramionami rozpostartymi niczym skrzydła samolotu i tym szelmowskim uśmiechem, którym obdarowuje ludzi, biegnących z naprzeciwka. Tak! Zgoda! Musimy to kiedyś zrobić!
Tym sposobem ustaliliśmy kolejne plany i cele - te na najbliższy rok i na najbliższe kilkadziesiąt lat. Nie lubię pustki, która pozostaje po nowo pobitych rekordach. Zawsze warto mieć w zanadrzu kolejne kilka celów do osiągnięcia.

***

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Jan Twardowski

wtorek, 26 sierpnia 2014

Kawa. Dwie kawy. Trzecia kawa. Cztery kawy.

Dialogi prawdziwe:

- To naprawdę takie proste? Po prostu idziesz do klubu i wychodzisz z dziewczyną? Co jej zazwyczaj mówisz?
- To nie ma znaczenia co jej mówię. Jak laska chce z tobą wyjść z klubu to po prostu wyjdzie. Czasami robi na nich wrażenie, jak mówię, że jestem w połowie szwedem/ szkotem/ kimkolwiek.
- I co? Jedna noc i tyle? Nie odzywasz się potem? Czy utrzymujecie jeszcze jakiś kontakt. Czy może to zależy od tego jak było?
- Nie. Nie rozumiesz. Mężczyźni dzielą dziewczyny na dwa podstawowe typy: są dziewczyny na jedną noc i są takie jak ty. Takie jak ty zostają albo naszymi najlepszymi przyjaciółkami albo naszymi żonami. Albo najpierw jednym potem drugim.
Wypiłam spory łyk kawy.
- No cóż. Mogę Ci jedynie obiecać, że rozpatrzę twoją propozycję, ale niczego nie obiecuję.
Śmiech.
- Chodziło mi po prostu o to, że to od dziewczyny zależy, czy bez skrupułów rzucę jakimś tanim tekstem i będę liczył na szczęście, czy będzie mi naprawdę zależało i będę przy niej ostrożny jak saper w akcji.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Nie ma to jak zjechać sobie po schodach na tyłku z samego rana.

Cicho! Sza! Nie przeszkadzaj! Dorośli rozmawiają. O swoich uczuciach, pragnieniach, smutkach i potrzebach. Usiądź i podziwiaj ten spektakl. Patrz, jak pięknie opakowali wszystkie swoje słabości i lęki w pełne triumfu uśmiechy. Patrz, jak starannie dobierają gesty, z jaką lekkością cytują mądre sentencje - jakby rzeczywiście nadawały sens ich życiu, jak żonglują spojrzeniem i maskują niedoskonałości. Cicho! Sza! Nie przeszkadzaj! Bo jeszcze pogubią się w swoich kwestiach. A przecież tak skrupulatnie przygotowali się do swoich ról. Odgrywali te sceny w samotności przed lustrem na milion sposobów. Śnili o nich, czekając na dzień, w którym będą mogli wreszcie odegrać je na scenie. Jeden jedyny spektakl, z którego nic nie wynika. L'art pour l'art. Ukłon! Brawo! Kurtyna! Dziękuję! Dobranoc!

środa, 20 sierpnia 2014

Pavlova

Szybko mówię. Szybko chodzę. Szybko piję kawę. Podobno też szybko jeżdżę. Szybko się nudzę, szybko zmieniam nastroje i szybko się irytuję, ale też szybko przebaczam. Na szczęście szybko przystosowuję się i uczę. Szybko się regeneruję i szybko goję rany. Niestety też szybko siwieję, szybko się upijam i wciąż nie biegam tak szybko jakbym chciała. To tak w szybkim skrócie.   

sobota, 16 sierpnia 2014

Ordinary love

Cos w tym nocnym powietrzu zapowiadało już kolejną porę roku. Cos lekko szczypało z nos, łaskotało w krtani, pachniało deszczem. Nie spodziewasz się tego powiewu chłodu, kiedy na chwilkę uchylasz okno w cichą, sierpniową noc. Z początku nie możesz sobie przypomnieć, z czym Ci się kojarzy. Znajome, ale jakby odległe wrażenie, które wpełzło pod osłoną nocy przez uchylone okno do mojego pokoju.
W cichą, sierpniową noc wiatr uniósł mój szept dokładnie tam, gdzie go zaadresowałam. Lepiej i sprawniej niż Poczta Polska. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź. Spadła rano wraz z deszczem, obudziła mnie głośnym bębnieniem o szybę. Po chłodnym jesiennym powietrzu nie zostało dzisiaj ani śladu.  

środa, 13 sierpnia 2014

Flaschengeist

Noc spadających gwiazd. Nie widziałam ani jednej. Nic nie szkodzi. To przecież i tak ściema bo to nie gwiazdy tylko meteoryty. Nie wiem czy meteoryty potrafią spełniać życzenia. Chyba nie mam do nich na tyle zaufania, żeby powierzać im moje. Widziałam za to wschód słońca nad Odrą. O 5.30 nad ranem spacerowaliśmy z resztką wina w butelce i wszystko wydawało mi się niesamowicie zabawne: ludzie, którzy wyszli pobiegać rano, straszenie gołębi, które wcale się nas nie bały, nieudolne próby dorzucenia kamieniem aż do rzeki i pomysł oddania telefonu pod zastaw w zamian za kolejną butelkę wina. Zdrowy kontrast po nocy pełnej poważnych rozmów, trudnych pytań i ważnych tematów. Tylko sen zgubił się gdzieś w międzyczasie. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

WhatsApp

"Ty to jednak nie jesteś normalna. Jedziesz przez dwa kraje, osiem godzin w samochodzie w dżinsach i sandałkach na koturnie".

Znów jestem tu. Tak jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała.
Historia zatoczyła krąg. Ostatniej nocy siedzieliśmy w tej samej pizzerii, jadłam tą samą pizzę, czułam ten sam niepokój i łaskotanie w żołądku. Tylko tym razem obsługiwał nas kelner z Kolumbii, nie stresowałam się, że muszę złożyć zamówienie po niemiecku, wino było lepsze i przy naszym poprzednim stoliku było nam trochę za gorąco, więc siedliśmy bliżej wyjścia.
- Masz, kup jakieś dobre wino dla swoich kolegów na pożegnanie.
- T. za 10 euro to ja kupię 5 butelek wina na pożegnanie.
Tak też zrobiłam.
W naszej kuchni przy świetle świec słuchaliśmy Myslowitz i trochę się upiłam.
M. kaszlała tej nocy jeszcze gorzej, a R. nie chrapał wcale tak głośno, jak zapowiadał.
Zostawiłam walizkę pod biurkiem D.
I przespałam pół drogi do domu na tylnym siedzeniu w samochodzie.
I tym sposobem znów jestem tu.
Znów jeżdżę moją czerwoną strzałą (nie, T., nie zapomniałam jak się jeździ!).
Znów biegam nad Odrą. I jakoś mi tak nudno bez wszystkich tych zakrętów, zmian krajobrazów, owiec, królików, wielkich drapieżnych ptaków krążących mi nad głową, bez wzniesień i spadków terenu.
Znów gotuję obiad dla czterech osób. Tylko tym razem w zepsutym piekarniku i potem muszę się tłumaczyć, dlaczego upiekłam te ziemniaki (przecież to tyle kalorii!)
Znów rozrzucam swoje rzeczy na dole, zapominam czegoś z góry i nieustannie kursuję po skrzypiących schodach pomiędzy moimi dwoma domami.

Wrócę. Tam. Tylko dokończę tu parę spraw, pozałatwiam co trzeba. Nie przyzwyczajajcie się. Towar eksportowy.

niedziela, 27 lipca 2014

Bochum Hbf

Mówią: podążaj za głosem serca.
Równie dobrze mogłabym podążać za jakimś radosnym trzylatkiem, który w swojej dziecięcej naiwności biegłby z wyciągniętymi rączkami do wszystkiego co ładne, kolorowe i błyszczące. A potem płakałby głośno, że nie może mieć tego wszystkiego na własność. Moje serce potrzebuje stałego nadzoru rodzicielskiego. Aż strach spuścić je na chwilę z oka.

sobota, 26 lipca 2014

Otra vez

Gdybym umiała grać na gitarze i śpiewać, dzień taki jak ten spędziłabym na dworze, siedząc na kocu w wyjątkowo obciachowych okularach przeciwsłonecznych, brzdąkając leniwie na gitarze i nucąc gdzieś w przestrzeń jakieś stare, romantyczne piosenki. Ale ponieważ nie umiem ani grać ani śpiewać, to tylko leżę na tym kocu, słuchając jak C. w wyjątkowo obciachowych okularach przeciwsłonecznych, brzdąka leniwie na gitarze i nuci gdzieś w przestrzeń jakieś stare, romantyczne piosenki po hiszpańsku. Mogłabym słuchać go tak cały dzień, ale moje ramiona zaczynają już niebezpiecznie piec pod wpływem słońca. Idealna sobota. Przedostatnia sobota.

***

M. jechała obok mnie na rowerze, wciąż na lekkim kacu próbowała pozbierać w całość wspomnienia z wczorajszej imprezy. Z każdym kolejnym kilometrem odpowiadałam jej coraz rzadziej i coraz mniej gramatycznie, dysząc przy tym coraz bardziej. Czysta symbioza - ja potrzebowałam towarzystwa i doppingu, a M. wiernego słuchacza i odrobiny świeżego powietrza na kaca. Trzeba będzie to powtórzyć.

***

Nie pytaj, czy możesz. Udowodnij mi, że możesz. 

piątek, 25 lipca 2014

die Faulheit

Zasnęłam na trawniku przed szpitalem w czasie naszej przerwy śniadaniowej. Obudziła mnie dopiero mrówka, która postanowiła skorzystać z okazji i zwiedzić wnętrze mojego prawego ucha. K. i A. z uśmiechem pełnym zrozumienia odprowadzili mnie prosto pod stoliczek z kawą na oddziale. Czwarta kawa w przeciągu 6 godzin. Druga nieprzespana noc z rzędu. Właściwie miałam zamiar zostać tego dnia w łóżku, ale o 5.30 rano D. znów włączyła muzykę na pełny regulator - tym razem żeby posprzątać po imprezie. Doszłam do wniosku, że w szpitalu będzie ciszej więc poszłam do kuchni poszukać jakiegoś śniadania.
- Melanż roku, co nie?! - D. przywitała mnie radośnie. Wciąż miała na sobie kieckę, która opinała jej zgrabny tyłek tak, że nawet ja nie mogłam wczoraj oderwać od niej wzroku. Tylko makijaż trochę jej się rozmazał i nie wiem skąd wzięła krawat, którym przewiązała sobie głowę niczym Rambo. 
- Hę? - zachrypiałam - mamy jakieś czyste kubki?
- Chyba nie. Ale mamy jeszcze trochę wina. Chcesz?

***

Wieczorem znów siedziałyśmy w kuchni. Za kaucję po wszystkich zebranych po imprezie butelkach kupiłyśmy dwa duże pudełka lodów, bitą śmietanę i polewę czekoladową. Dla równowagi D. i K. pokropiły swoje miseczki sporą porcją pożegnalnych łez. Uściski, łzy, anegdotki, wspomnienia, zdjęcia, mentolowe papierosy. Na koniec i tak musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: "to do jutra, śpij dobrze!". 

Zaczęło się, cholera. Zaczęło się. 

sobota, 19 lipca 2014

tattoo

"Odwaga nie oznacza braku strachu. Odwaga jest wtedy, gdy wciąż idziesz naprzód, pomimo strachu".

Przeczucia. Podobno są skutkiem nieświadomego kumulowania doświadczeń z przeszłości - często nawet błahych i pozornie nieistotnych. Podobno pamięć tego, co przeżyliśmy na zawsze zostaje zapisana w jakimś tajemniczym zakamarku naszego mózgu, chociaż na codzień nie mamy dostępu do tych informacji. Podobno w momencie trudnych wyborów i poważnych decyzji informacje te wysyłane są w formie impulsów do naszego ciała, które reaguje na nie pozytywnymi lub negatywnymi odczuciami. Dzięki nim "decyzja" zostaje podjęta dużo wcześniej niż w przypadku "racjonalnego" i "świadomego" myślenia. Podobno tym jest właśnie przeczucie. Chłodną i skrupulatną analizą wszystkich zebranych doświadczeń, nie wizjonerstwem czy tajemniczym komunikowaniem się z przyszłością. Wyciąganiem prostych wniosków i wypracowywaniem odruchów obronnych. A może nie tyle obronnych, co uzbrajających. Podobno najlepszą obroną jest atak. Mam przeczucie, że już i tak za późno, żeby myśleć o ucieczce. 

niedziela, 13 lipca 2014

Can you squeeze my little finger?

B. swoje pierwsze piwo otworzył tuż po dwunastej, siedząc samotnie przed Max Kade Hall w swojej nieśmiertelnej koszulce kibica. Wyraźnie ucieszył się na nasz widok
- Stresujecie się?
- Bardzo! Nie mogłam spać w nocy - nie wiem czy nie wyczuł czy zwyczajnie nie chciał wyczuć mojego sarkazmu.
- Ale dzisiaj napijesz się z nami?
- Kupiłam dwa piwa.
- No chyba żartujesz! Taki dzień i dwa piwa?!
- O ósmej muszę być na oddziale pediatrycznym. Trzeźwa!
- Spokojnie, niemieckie dzieci są przyzwyczajone! Ja mam jutro egzamin na dziesiątą. Więc muszę to dobrze zaplanować. Może zrobię tak jak na sylwestra - do północy wypiję tylko kilka piw, żeby dotrwać do końca meczu a jak już mecz się skończy to upiję się porządnie. I zdrzemnę się chwilkę nad ranem zanim pójdę na egzamin.

***

W Beamerraum możnaby dzisiaj odzyskiwać adrenalinę i kortyzol z parującego powietrza. Usiadłam po turecku na barze i pozwoliłam moim myślom wylecieć na zewnątrz przez otwarte na oścież drzwi. Niech się przewietrzą, dzisiaj nie mam siły biegać za nimi po parku. Nie chciałam żeby przesiąkły dodatkowo tym zapachem i atmosferą. Ostatnio i tak ciężko mi nad nimi zapanować. Zastygłam więc w pozycji po turecku, czekając cierpliwie aż wrócą zmęczone i trochę spokojniejsze. Wróciły w dogrywce. Nie wiem, gdzie szwędały się tym razem, ale wróciły jeszcze bardziej rozbestwione, nieposłuszne i rozczochrane niż kiedykolwiek. Wpadły do głowy lewym uchem, wycisnęły przypadkowo kilka łez z kanalików łzowych, odbiły się kilka razy rykoszetem i rozproszyły chaotycznie po całej głowie, gryząc, uwierając i swędząc niemiłosiernie. Niemcy wymęczyli w końcu zwycięskiego gola a ja pożałowałam, że nie zaopatrzyłam się na tę noc w stopery do uszu... i kaganiec na niesforne myśli.  

środa, 9 lipca 2014

Wiórki kokosowe

Od trzech dni deszcz nie przestał padać ani na chwilę, zmieniając jedynie co jakiś czas formę z ciężkich dużych kropli na lepką mżawkę bądź cienkie strużki lejące się nieprzerwanie z nieba. Raz więc chlupocze, raz szumi cichutko, raz agresywnie bębni o parapety, innym razem w zupełnej ciszy oblepia świat wilgotną mgłą. Siedzimy w naszej ponurej, szarej kuchni, odgrodzone szklaną barierą od tego rozmiękłego, przemokniętego świata. Kaloryfery zrobiły się z powrotem ciepłe a nasza maszyna do kawy nie wyrabia z kolejnymi dostawami kofeiny, by podtrzymać nas w stanie przytomności przez cały dzień. Nie mogę pobiegać, pranie w pokoju nie chce wyschnąć, włosy nie chcą się układać i nie zrobiłam dzisiaj nic produktywnego. Tak. Dzisiaj jest ten dzień, kiedy mam doła.

niedziela, 6 lipca 2014

Chińskie ciasteczka

Zwariowałam. Znów leje deszcz. Nie pada. Leje! Nie kroplami. Strugami! Usiadłam na parapecie, wystawiłam nogi za okno, puściłam muzykę na pełny regulator, patrzę jak mokną moje jak zwykle krzywo pomalowane paznokcie u stóp i śmieję się do siebie. Fajne uczucie. Do zapamiętania: zainwestować kiedyś w deszczownicę.
Zwariowałam. Kupiłam na ebayu zieloną farbę do włosów. I rozjaśniacz. Będziemy czarować! Śmiałe posunięcie jak na kogoś, kto desperacko i histerycznie trzyma się tej samej fryzury od jakichś... <nieśmiałym szeptem> 10 lat.
Zwariowałam. Rozmawiałam w pociągu z obcymi ludźmi. Bo mi się nudziło. Bo uśmiechnęli się do mnie. Bo tutaj od razu przechodzi się na "ty" bez zbędnego nadęcia. Bo tutaj nikogo to nie dziwi, nie budzi podejrzeń. Bo skoro lekko wstawiona panna młoda z grupą poprzebieranych koleżanek  może wyłudzać od ludzi forsę na wieczór panieński w zamian za cukierki albo dowcipy, to ja mogę sobie rozmawiać z kim chcę.

sobota, 5 lipca 2014

100

Jeśli zakładasz wysokie obcasy, musisz mieć pewność, że będziesz w stanie pokonać w nich każdą drogę w wymaganym czasie, niezależnie od sytuacji. Jeśli zakładasz wysokie obcasy - z pełną świadomością decydujesz się na utrudnienia, bo wiesz, że będziesz w stanie poradzić sobie z nimi. Nie pozwól by wysokie obcasy stały się twoją wymówką. Niech będą twoją dumą. Na przykład kiedy twoi koledzy postanawiają wracać nocą, po paru drinkach do akademika przez las pełen zwalonych pni, konarów, gałęzi i liści. Ja nie dam rady? Błąd! Znowu błąd! Jestem wojownikiem! Takim, któremu wprawdzie trzeba czasem podać pomocną rękę i podsadzić w bardziej kłopotliwych momentach... ale zawsze niewzruszonym wojownikiem, który bez słowa skargi przedrze się przez las w sandałach na koturnie w środku nocy!
Wojownikiem, który może trochę zbyt łatwo się wzrusza, nie przepada za pająkami i czasem potrzebuje przytulić się do kogoś... ale przecież także wojownikiem, który o to co ważne i wartościowe będzie walczył dzielnie i z nadzieją do samego końca, chociaż wszyscy inni dawno się wycofali (nie wykluczam, że ma to niekiedy związek z brakiem zdolności chłodnej, czysto matematycznej i taktycznej analizy własnej sytuacji).Obowiązkowo przy tym z wdziękiem i na wysokich obcasach.

piątek, 4 lipca 2014

Chavo y unicornio

Jeśli pszczoła miałaby alergię na pyłek kwiatowy - czy dalej byłaby nazywana pszczołą czy może bezużytecznym trutniem?
Co definiuje nas jako ludzi? Nasze działania? Nasze zamiary? A może motywy, którymi się kierujemy?
Gdzie jest granica pomiędzy miłością a przyzwyczajeniem, wzajemnym zrozumieniem i strachem przed samotnością?
Czy naprawdę można zakochać się "od pierwszego wejrzenia"? 
W co będą wierzyć ludzie za sto lub dwieście lat skoro dawniej wierzono w słońce, ogień czy błyskawice podczas burzy - w to, co nieodkryte, budzące strach i respekt? Dlaczego trzy z największych religii świata narodziły się niemalże w tym samym regionie?
Gdybym miała z powrotem 15-16 lat - czy poszłabym tą samą drogą, czy może wolałabym zmienić bieg wydarzeń, uniknąć pewnych błędów, spróbować czegoś innego?

... a wpadłam tylko na chwilkę napić się kawy. 

niedziela, 29 czerwca 2014

Aftermath

"(...) Ambivalence suggests strong feelings... in opposition. The prefix, as in "ambidextrous," means "both." The rest of it, in Latin, means "vigor." The word suggests that you are torn... between two opposing courses of action."

Dr Wick
"Girl Interrupted" 



Za moim oknem wśród gałęzi utknął mały różowy balonik z przyczepioną na sznurku białą karteczką. Dawno nic nie rozpraszało moich myśli tak bardzo, jak ta różowa rozpaczliwa szamotanina na wietrze. I ta tajemnicza biała karteczka zawieszona na drzewie jakieś 10 metrów nad ziemią. 

sobota, 28 czerwca 2014

Amanece

- O! A co to za wiersz masz na ścianie?
- To jest fragment psalmu. O miłości.
- Psalmu??
- No tak.
- To jest to od Jezusa??!

***

Szaro-bury, deszczowy dzień "po". Wczorajsze świeżo odkryte zamiłowanie do barmaństwa przypłaciłam dzisiejszym potężnym bólem głowy i ogólnym poczuciem niemocy.
- Ale dlaczego jeszcze tu jesteś? Nie miałaś tylko pomagać przy sprzedaży kuponów przez pierwszą godzinę?
- Miałam, ale bawię się tu świetnie! Zostaję!
I tym sposobem spędziłam imprezę po niewłaściwiej stronie baru. Bilans? Przesiąknięte piwem buty. Poklejone sokiem palce i włosy. Para okularów i dwie świecące pałeczki  znalezione rano na biurku. Jeden drink, który wylądował na podłodze. Jeden drink, który wylądował w całości na spodniach jakiejś dziewczyny. Nie wiem ile drinków, które wypiłam "gratis". Nauczyłam się jak obsługuje się dyspozytor i jak poradzić sobie z pianą od piwa. Nauczyłam się też tańczyć z kilkoma kubeczkami piwa w rękach. Nie nauczyłam się jeszcze, żeby zaopatrzyć się na noc w butelkę wody mineralnej. Ale jak to mawia T.: "Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz".

czwartek, 26 czerwca 2014

Sine qua non?

W kuchni obowiązuje oficjalny zakaz wspominania o tym, że został tylko miesiąc do końca.  Zabawne jak bardzo nie chciałam tu przyjeżdżać. Zabawne, jak bardzo bardzo nie chcę teraz wracać do domu.

Została godzina do egzaminu. D. i S. w panice przeglądają ostatnie notatki, a ja znudzona czytaniem niemieckiego kodeksu karnego, mrużąc oczy chłonę widok za oknem - potężna, nieruchoma sylwetka Audimax, flagi RUB drżące na wietrze, wędrówka chmur i zieleń ogrodu botanicznego w oddali. Mój ostatni naukowy dzień w bibliotece. Za chwilę będę już po ostatnim egzaminie. Z czystego przyzwyczajenia powiedziałabym "uff", ale to chyba trochę nietaktowne w obecnej sytuacji.

***

Zakochałam się w twórczości pana Przybory. Twórczość o tematyce cudownie przyziemnej, banalnej, codzienniej i uniwersalnej, a jednak ujęta od zupełnie innej strony. Twórczość z przekąsem i z przymrużeniem oka. Zabawa słowami i wysublimowana gra skojarzeń. Twórczość niby na żarty, ale chwyta za serce. Twórczość na każdą okazję - tak więc przy okazji przygotowywania prezentu dla T., znalazłam kilka "perełek" na zupełnie inne okazje.

   Było lato. Nasz pociąg nam uciekł.
Zapytałam: "Co robić z tym czasem?".
Powiedziałeś: "Mam takie uczucie,
jakbym zdążył na panią tym razem".
I już było po naszej przesiadce
na ten pociąg wzajemny, obłędny,
którym dotąd pędzimy przez stacje
dni upalnych i nocy płomiennych.
Mówisz: "Wkrótce weźmiemy ślub", lecz
ja o jedną chcę prosić cię rzecz:

Na wypadek gdyby to
nie skończyło się małżeństwem -
napisz, proszę, mi piosenkę moich marzeń -
w tej piosence będzie mną
ktoś, kim może ja nie jestem,
z kim we dwoje będzie dobrze ci się starzeć.
Na wypadek, gdyby nam nie wyszedł ślub -
parę zwrotek śpiewających mi podaruj.

Przestań kochać mnie na chwilę i tak mnie
lub -
jak w piosence będziesz lubił mnie na starość.

W tej piosence na urodę tego dnia,
co w tej rzeczce tak nam pięknie wtedy tonął,
będziesz ze mną razem patrzał, choćbym ja
wcale już nie była wtedy z tobą...
Na wypadek gdyby to
nie skończyło się małżeństwem -
pozostanie mi piosenka zamiast szczęścia.
W tej piosence będzie mną
ktoś, kim chyba ja nie jestem,
ktoś szczęśliwy od miłości do zamęścia.
Na wypadek gdyby nam nie wyszedł ślub -
twoje zwrotki mi o szczęściu zaśpiewają.
No a teraz choć przez chwilę ty tak mnie
lub -
jak w piosence będziesz lubił mnie, kochając.
Lub mnie, lub mnie, lub mnie, lub!

sobota, 21 czerwca 2014

Zabawa w CSI

Teatrzyk Zielona Gęś

ma zaszczyt przedstawić
widowisko 
"Zasady leczenia przekaźnikowego"
czyli tzw. 
"Terapię transferową"

Akt I
Lekarz I:
Co panu dolega? 
Pacjent:
Noga. 
Lekarz I:
Noga? Wobec tego pójdzie pan na Oddział N. 
Pacjent:
Ba, kiedy właśnie nie mogę chodzić. 
Lekarz I:
A, rzeczywiście. No to pana zaniosą. 

Akt II
Lekarz II:
Co panu dolega. 
Pacjent:
Noga. 
Lekarz II:
A która? 
Pacjent:
Lewa. 
Lekarz II:
Świetnie. Obywatela Czerwiaczek, zanieście obywatela pacjenta na Oddział NL. 

Akt III
Lekarz III:
Co panu dolega? 
Pacjent:
Noga lewa. 
Lekarz III:
W porządku, ale czy ból ma charakter nerwowy, czy fizyczny? 
Pacjent:
Nerwowy. 
Lekarz III:
Cudownie. Przenoszę pana na oddział cierpiących nerwowo na lewą nogę, czyli na Oddział NLN. 

Akt IV
Pacjent:
Zaczyna mnie lekko boleć głowa. 
Lekarz IV:
Byczo. Nareszcie będzie można nieco powiększyć statystykę oddziału dla chorych umysłowo. 

Akt V
Lekarz V:
Smutno wygląda ten pacjent. Czy pan może tęskni do innego życia? 
Pacjent:
O, tak, niezmiernie. 

Epilog:
Zajeżdża wytworny ekwipaż Zakładu Odpoczynkowego "WIECZNOŚĆ-AETERNITAS" i Pacjent wyzwolony od trosk, ale za to zaopatrzony w kilka tysięcy diagnoz, odjeżdża w znanym kierunku. 
K U R T Y N A
zapada na zawsze 

Konstanty Ildefons Gałczyński
1947

środa, 18 czerwca 2014

Prinzessin

Tym razem było inaczej niż zwykle.
Tym razem lampiony wylądowały na pobliskich drzewach, zamiast polecieć w niebo.
Tym razem nie potrafiłam sformułować konkretnych życzeń przed zdmuchnięciem świeczek - w głowie zapętliła się tylko jedna niesprecyzowana myśl. Świeczki zostały zdmuchnięte, a myśl pozostała - wciąż niesprecyzowana, wciąż wprowadzająca chaos i niepokój.
Tym razem zostałam pozytywnie zaskoczona. Wielokrotnie.
Tym razem pożegnanie było znacznie trudniejsze.
Tym razem egzamin był ciężki, ale biegło mi się łatwiej.
Masz rację. Na wszystko przychodzi czas. Wystarczy cierpliwie na niego poczekać. Świadomie i z ufnością, bez popędzania i przewidywania. Dać się pozytywnie zaskoczyć. Wielokrotnie.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Pietruszka i mała zielona fasolka

Mundial trwa w najlepsze i jak zwykle wszyscy mają komu kibicować, a nasi chłopcy nie grają... w ostatnim czasie jestem więc rozdarta pomiędzy postawą patriotyczną, a zamiłowaniem do zdarcia sobie gardła podczas wieczornych transmisji. Oraz pomiędzy testami z neurologii, a ogródkami piwnymi z telebimami. Tak więc raz owinięta meksykańską flagą krzyczę: "puta", gdy bramkarz przeciwnej drużyny wybija piłkę; innym razem z niemieckimi barwami na policzku bulwersuję się, gdy portugalczycy faulują; jeszcze innym razem śmieję się razem z holendrami z klęski hiszpanów. A skoro miłość do ojczyzny nie zobowiązuje mnie do kibicowania własnej drużynie - mogę dowolnie wybierać sobie swoich faworytów pod względem ilości dostarczanych bramek, koloru koszulek bądź aparycji piłkarzy. I z rozbawieniem oglądać, jak pozostali przeżywają klęski i zwycięstwa swoich drużyn, jakby chodziło o ich własne życie.

***

"Przyjaźń nie jest tylko dla ciebie. Czasem jest też dla drugiej osoby."
Przepraszam, znamy się?

"Just keep swimming"
Dori

środa, 11 czerwca 2014

"You are not paying attention"

Zazdroszczę Ci tego dachu. Możliwości siedzenia na nim i podziwiania nieba, okolicznych ogrodów, wież kościołów w oddali. Podobno najlepiej pije się tutaj piwo, ale ja wolę po prostu siedzieć. Przebiec się ciasnymi, zielonymi ścieżkami Freiburga, a potem usiąść tutaj i złapać oddech. Wtopić się na chwilę w nieruchomy świat, który odetchnął właśnie po zachodzie słońca. Ja też odetchnęłam. Mój komputer też odetchnął. Przy takich temperaturach nawet postawiony na dwóch książkach w pobliżu wiatraka, rozgrzewa się do czerwoności i bojkotuje dalszą współpracę. A ponieważ ja również przez cały dzień rozpływam się na krześle - to kiepsko ta nasza współpraca wygląda.

***

- Skoro jedziemy na południe, to zachód jest tam. A słońce będzie na zachodzie więc musimy usiąść po lewej stronie.
- Ty i te twoje czarodziejskie teorie...
A jednak miałam rację.
Czasem miewam rację. Ale mieć wiedzę to jedno, a przekonać kogoś co do słuszności swoich racji - to już zupełnie inna historia.
Zastanawiam się, z jakim skutkiem będę kiedyś przedstawiać swoje racje pacjentom, skoro jedno twoje pełne niedowierzania spojrzenie, gasi mój cały zapał do dalszego tłumaczenia i przekształca je w nieśmiałe usprawiedliwianie się z wygłoszonych teorii. Zastanawiam się, dlaczego tak na mnie działasz.

środa, 4 czerwca 2014

Lodówki, dziury i różne takie

- Ojej, a czemu takie długie hasło?
- Bo to jest kilka wyrazów napisanych bez spacji
- Ooo! Ja nie umiem takich skomplikowanych haseł wymyślać! A co to właściwie znaczy?
- Że nie umiem wymyślać haseł...

***

"Rób tak, żebyś ty czuła się z tym dobrze" - mawia H., kiedy dopadają mnie społeczno-towarzyskie wyrzuty sumienia.
Wciąż pracuję nad ulepszeniem metody uzyskiwania i podtrzymywania dobrego samopoczucia. Wciąż zbyt wiele czynników zewnętrznych wpływa na ten proces negatywnie. To trochę tak, jak z teorią przepuszczalności błon komórkowych. Wystarczy pozbyć się kilku zbędnych kanałów, przez które na drodze dyfuzji przenikają masowo negatywne czynniki zewnętrzne. Aktywne wypompowywanie ich z powrotem na zewnątrz za pomocą pomp jonowych kosztuje mnie zbyt dużo energii.
Uniezależniam się.  

***

W połowie kolejnego testu z psychiatrii, H. niespodziewanie zbombardowała mnie całą serią zdjęć wygrzebanych gdzieś z otchłani dawno zapomnianych czasów... a w zasadzie z czasów, kiedy jeszcze niewiele się zapamiętywało i poza nocnikiem, smoczkiem i mamusiowymi/tatusiowymi ramionami, niewiele było do szczęścia potrzebne. Po kilku salwach śmiechu przeplecionych salwami wzruszenia i kilku łez, które wsiąkły w kartki testu, zaczęłam się zastanawiać do której z chorób psychiatrycznych zostałabym zakwalifikowana, gdyby ktoś teraz znalazł mnie, na zmianę płaczącą i śmiejącą się do monitora komputera. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Challenge accepted

Jan Brzechwa
Żaba

Pewna żaba
Była słaba
Więc przychodzi do doktora
I powiada, że jest chora.
Doktor włożył okulary,
Bo już był cokolwiek stary,
Potem ją dokładnie zbadał,
No, i wreszcie tak powiada:
"Pani zanadto się poci,
Niech pani unika wilgoci,
Niech pani się czasem nie kąpie,
Niech pani nie siada przy pompie,
Niech pani deszczu unika,
Niech pani nie pływa w strumykach,
Niech pani wody nie pija,
Niech pani kałuże omija,
Niech pani nie myje się z rana,
Niech pani, pani kochana,
Na siebie chucha i dmucha,
Bo pani musi być sucha!"
Wraca żaba od doktora,
Myśli sobie: "Jestem chora,
A doktora chora słucha,
Mam być sucha - będę sucha!"
Leczyła się żaba, leczyła,
Suszyła się długo, suszyła,
Aż wyschła tak, że po troszku
Została z niej garstka proszku.
A doktor drapie się w ucho:
"Nie uszło jej to na sucho!"

środa, 28 maja 2014

Wach. Wahr? Wahn?

9 kg na moich rękach. I ogromne błękitne, nieufne oczy. Uśmiech, na który trzeba sobie zasłużyć.
"Przyzwyczajaj się".

***

- Panie doktorze, to jak to jest z tymi lekami? Jaka jest standardowa dawka? I do ilu można ją zwiększyć?
- Kolego, medycyna jest jak gotowanie zupy. Niby masz jakiś przepis, że trzeba dodać szczyptę soli. Więc dodajesz i próbujesz. I najwyżej dodajesz jeszcze trochę. A potem trochę pieprzu. A potem wpadasz na pomysł, żeby dodac coś jeszcze. I za którymś razem wyjdzie ci idealna zupa.

***

"Zapiszę sobie tą datę w kalendarzu. 23.05.2014 o godzinie 12:37 siedziałem z tobą w kawiarni i rozmawialiśmy, a potem poszlismy uczyć się do biblioteki". Za 5 lat dokładnie 23.05.2019 o tej samej godzinie zadzwonie do ciebie, zapytam co teraz robisz i przypomnę ci co robiłaś wtedy."

"Bo wie pan, moja pierwsza żona była z Rosji, a drugą poznałem na deptaku - przyjechała tutaj z Havany. Widzi pan podobieństwo? Sytuacji politycznej, historii? Wie pan, ja dużo podróżuję, moje życie składa się z punktów, które w pewien sposób łączą się ze sobą. Ja tworzę sieć. Taki trochę facebook, wie pan."

***

Wiesz, lubię te moje prywatne koncerty, twój podkład muzyczny do moich notatek i książek porozkładanych po całym biurku. Lubię tak zasypiać. Może kiedyś Ci to powiem. Może kiedyś się nauczę.


środa, 21 maja 2014

Z gitarą w tle

Kupiłam sobie męskie spodenki do biegania. Bo były tańsze niż damskie. I miały śliczny, dziewczęcy, różowy kolor. I króciutki, dziewczęcy krój. Tylko jakby trochę za dużo materiału z przodu - w sumie nie wiem po co.

Quo vadis Mundi?

niedziela, 18 maja 2014

O gołębiu, który miał w życiu dużo szczęścia

Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem, dlaczego akurat drzwi i ściany publicznych toalet są miejscem uwieczniania tak wielu miłosnych wyznań i deklaracji. Nie wiem, czy chcę, by kogokolwiek kiedykolwiek naszła myśl, że mnie kocha, właśnie podczas wizyty w publicznej toalecie - myśl tak silna i nieodparta, że aż wymagająca uwiecznienia jej na ścianie bądź drzwiach przy pomocy markera/ scyzoryku.

Nie wiem też, dlaczego akurat dziecięcy plac zabaw i dwie huśtawki stały się najlepszym miejscem na nasze poważne rozmowy - o życiu, przyjaźni, odnajdywaniu wewnętrznej siły i poznawaniu samego siebie.

To się chyba nazywa paradoksem. Albo antynomią. A może już paralogizmem?

Najlepszym przykładem z dzisiejszego poranka jest pan płynący łódką tył na przód i wiosłujący przy tym złą stroną wioseł. Widocznie tak mu było wygodniej, bo pływał nam przed nosem dobrą godzinę. Paradoksy. Nie zrozumiem, ale czasem po prostu ułatwiają życie.

wtorek, 13 maja 2014

Kolega z pracy

- Uśmiechnij się. Ale nie w ten sposób! Zawsze uśmiechasz się do zdjęć tak, jakbyś była zawstydzona, że się uśmiechasz. Tak też nie! Teraz masz minę pod tytułem: "długo jeszcze muszę się uśmiechać, to boli?".
Co poradzę? Nie przepadam za zdjęciami. Mam swoje własne sposoby zatrzymywania i kolekcjonowania wspomnień. Ty szukasz aparatem zieleni w moich oczach, ja szukam przymiotników trafnie opisujących świat wokół. Układam zdania, hasła, nazywam i nadaję tytuły, dzielę na rozdziały:

Ciemny, przemoczony, wietrzny Dortmund nocą. Cisza i pustka wokół mnie, kłębowisko myśli i emocji we mnie. I pijaczek, który kłaniał mi się nisko przez szybę. I duży zegar, który strasznie wolno odmierzał czas.
Kawa, którą wylałam sobie w całości na spodnie i rękę - nie zdążyłam jej nawet wcześniej spróbować.
"Wyglądasz jak duch" i "jak się masz, kochanie?"
Rozmowy dorosłych i gry... nie dla dzieci. Mięciutki pluszowy kot i kubek, w którym właśnie stygnie mi kawa. I książeczka o Zuzi, która rysuje obrazek.
Włosy poklejone lodami i kolejny beznadziejny film.
Pierogi z keczupem - profanacja! I zgubiona w lesie karta, za którą biegaliśmy w deszczu.
A potem twoja czarna koszula i białe skarpetki. I mój czarny but, który zgubiłam gdzieś po drodze do domu. Prawie jak w "Kopciuszku". Tylko dobrej wróżki i wspólnego tańca zabrakło. No i pantofelek też się nie znalazł.
Z. z kawałkiem zamrożonej kiełbasy przy łuku brwiowym i tosty o czwartej nad ranem, które najpierw lądowały po kolei na podłodze, a potem dopiero na talerzu.
Lodowe spaghetti w przeszklonej kawiarni w czasie ulewy, setka zdjęć i film o stulatku w malutkiej, klimatycznej sali kinowej.
Noc na podłodze i autobus, który przepadł. "Düsseldorf airport" i "Don't cry E.".
Wracałam zatłoczonym pociągiem do domu i miałam wrażenie, że zaraz utoniemy w tej ulewie za oknem. Wiatr zepsuł mi parasol, potargał włosy, deszcz przemoczył papierową torbę, w której niosłam letnią, plażową sukienkę - o ironio!
Ot, kolejny rozdział wspomnień, moja prywatna mapa myśli. Pamięciowe "snapshots" i "selfies". Zlajkujesz? 

czwartek, 8 maja 2014

DJ Akwarium

Najlepszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam:

"Wiesz, czasem czuję się jak taki mały robot - który pracuje, pracuje i po pewnym czasie kończą mu się siły. I wtedy ty jesteś... nie obraź się za określenie...takim moim akumulatorem. Zawsze mówisz coś takiego, co daje mi z powrotem energię i motywację." 

środa, 7 maja 2014

2 dni

Znalazłam Z. siedzącą samą w kuchni, nad nadgryzioną kanapką z serem, z miną zbitego psa i z telefonem przy uchu. Nawet na mnie nie spojrzała, ze wzrokiem wbitym w kanapkę wyszeptała tylko parę pełnych żalu słów do telefonu. Nie musiałam nawet pytać, kto jest po drugiej stronie. W tej deszczowej, mokrej, szarej kuchennej scenerii wyglądała naprawdę przygnębiająco. Postawiłam jej kilka truskawek koło nadgryzionej kanapki i wróciłam z powrotem do pokoju. 
Tęsknota to takie podłe, zdradliwe i niewdzięczne stworzenie. Bardzo szybko przeradza się w rozgoryczenie i żal. Niby nic wielkiego. Żadnych poważnych, konkretnych dolegliwości. Konkretne dolegliwości są lepsze - jak wiadomo gdzie boli to z reguły wiadomo co z tym zrobić. Gorzej, gdy mamy do czynienia z bliżej nieokreślonym, przewlekłym choć niezbyt nasilonym uczuciem dyskomfortu. Ani to właściwie opisać, ani zdiagnozować, ani wyleczyć. Nic nie boli, ale coś przeszkadza. Niby wszystko w porządku, ale czegoś brakuje. A my przyzwyczailiśmy się przecież, że nawet problem łamliwych paznokci można rozwiązać, połykając magiczną tabletkę.  Niewłaściwie potraktowana tęsknota zaczyna więc produkować złe emocje, skutkuje utratą nastroju i depresją. Błędne koło mające swój początek gdzieś nad nadgryzioną kanapką z serem. 
I tak sobie myślę, że jedynym sposobem jest potraktować tęsknotę nie względem teraźniejszości, ale przeszłości i przyszłości. Nie skupiać się na dolegliwościach. Ale na przyczynach. Bo skoro tęsknota pojawiła się teraz, to znaczy, że w przeszłości wydarzyło się coś pozytywnego, za czym teraz tęsknimy. I że w przyszłości pewnie znów wydarzy się coś dobrego, tęsknota nie trwa przecież wiecznie. Wiadomo, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mam tylko nadzieję, że te truskawki koło kanapki z serem natchną Z. do podobnych przemyśleń. Tym bardziej, że za oknem znowu świeci już słońce. 

sobota, 3 maja 2014

Puppa

Wróćmy więc do punktu wyjścia: Jestem introwertykiem. Oddaję energię. A w ramach bycia "ecofriendly", odnalazłam dzisiaj nowe, potężne, przyjazne dla środowiska i 100% odnawialne źródło tej mojej wewnętrznej energii. Ktoś kiedyś był na tyle sprytny i przyszłościowy, że wyposażył mnie w dodatkowy, bardzo nowoczesny akumulator. A ja... jak to ja - zgubiłam gdzieś instrukcję, pewnie nawet do niej nie zajrzałam, nie cierpię czytać instrukcji. I jakoś radziłam sobie przez tyle lat, używając tylko kilku podstawowych funkci, bojąc się wypróbować tych bardziej zaawansowanych.  Aż do dzisiaj nie miałam pojęcia o moich możliwościach tak łatwego i szybkiego wytwarzania i magazynowania ogromnych pokładów energii. Energii cieplnej. Elektrostatyka i elektrodynamika zawsze były dla mnie czarną magią. Z termodynamiki jeszcze co nieco rozumiałam. Więc niech będzie cieplna. Mam nadzieję, że uda mi się poradzić sobie z jej właściwym magazynowaniem i rozdysponowaniem. W razie problemów, bądź proszę gdzieś w zasięgu ręki. Lepiej niż ja znasz się na elektrotechnice, bateriach, akumulatorach i energii.  

niedziela, 27 kwietnia 2014

Blessed

Nie wiem co takiego magicznego jest w godzinie 8.30 rano, że ZAWSZE budzę się właśnie wtedy, niezależnie od ilości przespanych godzin, poziomu zmęczenia, pogody czy dnia tygodnia. 8.30 - z odchyleniem standardowym wynoszącym jakieś 10 minut otwieram oczy i już nie zasypiam z powrotem choćby nie wiem co. Już nawet nie patrzę na zegarek po przebudzeniu. I tak wiem, która godzina.
Moje piętro pogrążone jest jeszcze we śnie. Cała kuchnia dla mnie. Spotify, kanapka z dżemem, kubek tej fajnej, pachnącej kawy z tej fajnej maszyny co tak buczy i cichy, pusty, nasiąknięty deszczem świat za oknami. Takie moje prywatne #erasmusmoments.


Gdybyś był bankiem udzielającym kredytów na zaufanie - na ile oceniłbyś moją zdolność kredytową? Duży kredyt, duża inwestycja, poważny klient. Z kilkoma innymi kredytami w innych bankach. Ale jak dotąd bez żadnych poważnych długów czy problemów z ich spłacaniem. Czy na podstawie Twojej prywatnej analizy kredytowej, mógłbyś zaproponować mi korzystną ofertę? 

środa, 23 kwietnia 2014

Übertreiben wir nicht...

W dzisiejszym programie z serii: "Gotowanie w akwarium na Laerholzstraße" prezentujemy Państwu specjał tutejszej kuchni - kawę! Trunek z pozoru banalny i należący dla wielu do codzienności. I w tym właśnie rzecz - aby naszą codzienność nieco urozmaicić, postanowiliśmy podzielić się z Państwem kilkoma ciekawymi wskazówkami z zakresu przygotowywania i sposobu podawania kawy. W akwarium na Laerholzstraße kawa serwowana jest bowiem kilkukrotnie w ciągu dnia, w różnych ilościach, formach i konsystencji w zależności od aktualnej pory dnia, warunków meteorologicznych, stopnia desperacji konsumentów oraz częstotliwości drgania mojej lewej górnej powieki - z reguły jest to znak, że kawy już na dzisiaj wystarczy... otóż wyróżniamy więc kawę w następujących formach:

1. Kawa z mlekiem - banalna, najbardziej popularna wersja naszego trunku.
2. Kawa bez mleka - bo mleko niestety właśnie się skończyło, a do sklepu za daleko.
3. Kawa "w wiaderku" - czyli wersja familijna, podawana w "filiżance" o pojemności 400 ml - żeby nie trzeba było za chwilę wstawać po następną kawę.
4. Kawa z mlekiem po mojemu - albo inaczej: "TO jest kawa??!" - czyli kawa + mleko w proporcji 1:1
5. Gorące mleko z kawą - idealne na chłodne, zaspane poranki
6. Zimne mleko z kawą - kiedy nasze akwarium nagrzewa się od popołudniowego słońca
7. Zimne mleko z mrożonymi kostkami kawy - najnowszy wynalazek - niestety popołudniowe słońce nagrzewa nasze akwarium coraz bardziej...
8. Kawa z lodami waniliowymi - w ramach terapii psich smutków
9. Kawa z cynamonem - wersja świąteczna
10. Kawa z rumem - powód? A musi być jakiś powód?
12. Kawa z magicznego czajniczka M. - czyli produkt najbardziej zbliżony do prawdziwej kawy - po którym z reguły zaczyna drgać mi lewa górna powieka
13. Kawa z pianką - bo D. ma taki fajny brzęczyk, który robi piankę z mleka
14. Prawdziwa włoska czarna kawa - czyli to, co w połączeniu z kilkoma herbatnikami stanowi śniadanie M. Nie próbowałam. Trochę obawiam się o moją lewą górną powiekę.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Hold it! Don't drop it!

Tygrys biały to jeden z wielu wariantów ubarwienia tygrysa. Za jego białą sierść odpowiedzialny jest upośledzony gen wytwarzania melaniny. Osobniki albinotyczne o śnieżnobiałym kolorze futra, posiadające prawie niewidoczne pasy lub ich brak, nazywane są "Królowymi Śniegu". Ale bądźmy szczerzy - to nie czyni ich wcale bardziej odpornymi na zimno ani chłód. W naturze tygrysy te żyją jedynie w subtropikalnych lasach Bengalu, w północno-wschodnich Indiach. I są zagrożone wyginięciem. Dziwisz się? Białemu tygrysowi łatwiej byłoby zakamuflować się w śnieżnej zaspie niż w sercu lasu. Ale w śnieżnej zaspie szybko marzną mu łapy i końcówka ogona, a różowy nos robi się siny z zimna. Przeziębienie gwarantowane. Tygrys żyje więc w sercu subtropikalnego lasu, kamuflując się, jak tylko może. Niełatwo jest być białym tygrysem. Myślisz, że pazury i zęby dają mu poczucie bezpieczeństwa? Że pozwalają mu czuć się panem lasu? One tylko pozwalają mu przetrwać. Tygrys używa ich jedynie, kiedy jest to konieczne. I tylko z konieczności opuszcza swoją kryjówkę, żeby zapolować. Na otwartym terenie nigdy nie czuje się do końca bezpiecznie. Gdybym była białym tygrysem, pewnie zostałabym okrzyknięta najbardziej ułomnym białym tygrysem w historii wszystkich białych tygrysów. Za wychodzenie ze swojej kryjówki na otwarty teren, za pełne zaprezentowanie swojej najbardziej bezbronnej strony. Zero instynktu samozachowawczego. Ale nawet białe tygrysy mają swoje prywatne, poważne powody, dla których opuszczają swoją strefę komfortu i ryzykują swoje futro. Może właśnie dlatego są zagrożone wyginięciem. Może wraz z upośledzonym genem wytwarzania melaniny odziedziczyły również nadaktywny gen odczuwania emocji. Niełatwo jest być białym tygrysem.

***

- To dobrze, że masz swój sposób na takie momenty. Że nawet złe emocje potrafisz przerobić na coś dobrego - idziesz pobiegać i jesteś w stanie przebiec więcej niż zwykle. Nie robisz nic głupiego, szalonego, niebezpiecznego, żeby zagłuszyć to, co masz w środku.
- Robienie głupich rzeczy jest nie w moim stylu... 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Para Pom Pom Para Pom

- Zawsze jak ona rozmawia przez telefon, to mam wrażenie, że jest na coś wkurzona.
- A ja mam wrażenie, że gada po turecku, a nie po grecku.
Nasza kuchnia stała się miejscem uniwersalnym i wielofunkcyjnym. Naszym punktem zbiórek, pokojem do nauki, salą kinową, gabinetem terapeutycznym, balkonem widokowym i centrum rozrywkowym. Tylko azjatki przemykają tędy jak duchy, żeby zostawić coś w lodówce albo podgrzać wodę w czajniku i szybko uciec z powrotem do pokoju.
D. jak zwykle rozmawiała przez telefon w trakcie gotowania. Patrzyłam z podziwem, jak z telefonem przyciśniętym uchem do ramienia krząta się po kuchni, kroi, miesza, schyla się i sięga po przedmioty z półki. Na całej lewej ręce widniał rysunek kości i nerwów – efekt wielogodzinnej nauki anatomii.
Przyszedł czas na kolację więc uprzejmie zgarnęłyśmy z M. wszystkie książki, kartki, notatki i laptopy na dwa stoły, udostępniając reszcie pozostałe dwa. K. kucnęła z telefonem w „hot spocie” czyli jedynym miejscu w kuchni, gdzie można korzystać z wifi i odrabiała swoją pracę domową z niemieckiego, konsultując się co jakiś czas z Ch. A Ch. co jakiś czas dziwiła się, dlaczego każą nam układac takie dziwne zdania, skoro żadne niemiec tak nie mówi. Bardzo budujące.
Z. najwyraźniej znudziła się siedzeniem sama w pokoju, ale tutaj też nie wiedziała co ze sobą zrobić, wałęsała się tylko pomiędzy stołem a kuchennym blatem, zagadując do nas, podrygując w rytm muzyki i mrucząc coś do siebie. Zatrudniłam ją więc w charakterze osobistego modelu do badań naukowych i przećwiczyłam na niej wyzwalanie wszystkich odruchów głębokich przy pomocy stetoskopu. Zadziałało. Wnioski? Z. będzie żyć, a ja nie potrzebuję młoteczka neurologicznego tak bardzo, jak mi się wydawało.
Przy okazji pojawienie się mojego stetoskopu w kuchni wzbudziło ogólne zainteresowanie i K. pozwoliła osłuchać się w celu potwierdzenia zdiagnozowanej dawno temu drobnej wady serca. Nie potwierdziłam. Ale to raczej kwiestia mojej głuchoty i braku wprawy. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Konsultacje medyczne po godzinach

Nie wiem dlaczego odkryłam to dopiero teraz... może dlatego, że dopiero teraz temperatura i pogoda na to pozwalają... idealna miejsce w moim pokoju - na poranną kawę, popołudniową przerwę, malowanie pazurów, wieczorne 5 minut ze słuchawkami na uszach, nocne "nie mogę zasnąć" czy po prostu pilną potrzebę odrobiny świeżego powietrza i zmiany pozycji. Otworzyłam okno na oścież i usiadłam na szerokim parapecie z jedną nogą dyndającą na zewnątrz; oparta plecami o okienną framugę. Kawa, słuchawki, laptop na kolanach. Uwielbiam ten parapet, uwielbiam widok z okna, uwielbiam możliwość dyndania jedną nogą w powietrzu na wysokości czwartego piętra!  

piątek, 11 kwietnia 2014

"Cz", "e", "śśśś", "Ć!"

Jeżeli naprawdę ja sama jestem autorką i reżyserką moich snów; jeśli wszystkie te pokręcone sytuacje, dialogi i sceny wyszły z gdzieś z nieokiełznanych głębin mojej głowy, to strach pomyśleć, co jeszcze tam siedzi i czy któregoś dnia nie postanowi zaczerpnąć świeżego powietrza i wypełznąć na powierzchnię.

***

Poznawanie ludzi to proces wymagający czasu i cierpliwości. Proces, którego nie wolno ani popędzać ani przedwcześnie analizować. Proces idący zawsze w niewiadomym kierunku. Złożony z wielopoziomowych etapów, niekoniecznie występujących po sobie we właściwiej kolejności. To jak uderzanie skorupką jednego jajka o drugie jajko. Pod skorupkami uprzedzeń, powierzchownych analiz i schematów w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach odkrywamy coś zupełnie nowego. Z radością stwierdzam, że w ogromnej większości przypadków moje odkrycia mają charakter bardzo pozytywny. Bywają skorupki mniej i bardziej oporne na uderzenia. Z reguły warto zapukać do środka jeszcze jeden raz. Bez użycia siły. Zwyczajnie, z cierpliwością.

***

Wczoraj: "To widzimy się w kuchni o 10.00 i uczymy się do wieczora."
Dzisiaj: "Kawa?", "Przerwa?", "Herbata?", "Obiad?", "To może godzinka drzemki po obiedzie?", "Zaraz wracam, tylko pójdę po coś do pokoju".

***

Z. triumfalnie wkroczyła do kuchni z dwoma gołębimi piórami w ręku i położyła je na stole obok moich książek.
- Zobacz jakie śliczne znalazłam! Nigdy takich nie widziałam! Można z tego zrobić coś ładnego?
- Nie kładź tego na stole. Gołębie są brudne i przenoszą masę różnych chorób i pasożytów. Wyrzuć to.
Rzuciła mi spojrzenie pełne rozczarowania pomieszanego z odrobiną niedowierzania i zaskoczenia, że nie podzieliłam jej entuzjazmu.
- Naprawdę? To co mam teraz zrobić?
- Najlepiej umyć ręce. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Quieres hablar con ella?

Tego mi było trzeba - wrócić i zobaczyć jak w ciągu dwóch tygodni wszystko rozkwitło i zazieleniło się dookoła. Wyszłam pobiegać w koszulce z krótkim rękawem. Słońce wreszcie wstaje i zachodzi o przyzwoitej porze. Siedzę przy otwartym na oścież oknie - i jest mi w sam raz.
Chyba nareszcie się nauczyłam. Nie tęsknić. Doceniać. W czasie teraźniejszym. A potem bez żalu iść naprzód. Ucieszyć się na widok dawno nie widzianych miejsc, czerpać radość z detali, drobnych gestów, dobrze znanych sytuacji. Zbierać pozytywne emocje, konserwować je i chować na zapas. Wierzyć, że wystarczą do następnego razu. 

środa, 2 kwietnia 2014

Niespodzianka!

Gilles: Tak, tak. Wolisz historie, które można kontrolować: nie możesz ścierpieć swobody.  
Lisa: Swobody?
Gilles: Tego, że sprawy wymykają ci się z rąk. Że sytuacje cię przerastają. Że uczucia są dla ciebie zbyt silne. Jeśli chce się być pewnym wszystkiego, trzeba się zadowolić krótkimi historiami. Związkami, w których wszystko jest dokładnie wytyczone, które są jasne, przejrzyste, mają początek, środek i koniec, których przebieg znaczą konkretne etapy: pierwszy uśmiech, pierwszy napad szalonego śmiechu, pierwsza noc, pierwsza kłótnia, pierwsze pojednanie, pierwsza nuda, pierwsze nieporozumienie, pierwsze nieudane wakacje, pierwsze rozstanie, drugie, trzecie, i w końcu to prawdziwe. Potem wszystko od nowa. Tak samo, tyle że z kim innym. Nazywa się to życiem pełnym przygód, a jest życiem bez przygód, życiem w odcinkach. Nie jest rozsądne długo kochać, kochać bez przerwy to czyste szaleństwo. Rozum nakazuje kochać tak długo, jak jest to przyjemne. Oto miłosny racjonalizm: kochajmy się, dopóki mamy złudzenia, kiedy je stracimy, lepiej się rozstańmy. Gdy tylko ujrzymy przed sobą kogoś rzeczywistego, a nie kogoś, kogo sobie wyobrażamy, rozejdźmy się.
(...)
Gilles: Więc żeby uczucie trwało, trzeba zgodzić się na niepewność, wypłynąć na niebezpieczne wody, tam gdzie posuwa się do przodu tylko ten, kto ufa. Odpoczywać, unosząc się na zmiennych falach zwątpienia, znużenia, spokoju, ale nigdy nie zbaczać z kursu.

Małe Zbrodnie Małżeńskie 
Eric Emmanuel Schmitt

***

Z kursu na prawo jazdy pamiętałam tylko najprostszy komunikat: jak pojawi się czerwona kontrolka - trzeba natychmiast się zatrzymać. A ponieważ pojawiły się dwie czerwone na raz - z czego jedna z desperackim napisem: "stop", a druga w kształcie silnika czy czegoś podobnego - zatrzymałam się na pierwszym lepszym dziurawym poboczu w środku jakiegoś zadupia. Dobrze, że są tatusiowie i dobrze, że tatusiowie orientują się w mieście na tyle dobrze, że znajdują swoje córki w środku jakiegoś zadupia na podstawie chaotycznych opisów pt: "pamiętasz, takie rondo, które dopiero co wyremontowali? to na tym rondzie skręciłam na taki wiadukt... i on potem tak zakręcił... i jak się zjeżdża z tego wiaduktu to pojechałam główną i stoje tu zaraz za tym wiaduktem". 
"...Ok, już jadę". 
Wracaliśmy z warsztatu ("Chodź, dziecko, przejedziesz się dobrym samochodem"), słuchając "Mistrza i Małgorzaty".
- Czytałaś?
- Czytałam, ale nie zrozumiałam.
- Piękna książka. Ja przeczytałem kilka razy, a teraz kupiłem sobie na audiobooku. To lepsze niż informacje w radiu. Człowiek stoi sobie w korku, nie denerwuje się, słucha sobie jak mu czytają.
- Ale o co w tym chodzi? Małgorzata naciera się jakąś maścią i lata na miotle po nocy, gada z kotem i z diabłem...
- No jak to: o co? To było pisane za czasów Stalina, to nawiązanie i krytyka ówczesnej Moskwy, absurdów sytuacji politycznej.
- Czemu ty wszystko wiesz?
- Bo dużo jem. 
Może też powinnam zacząć? Chociaż podejrzewam, że u mnie skutek byłby zupełnie inny...