wtorek, 5 lipca 2016

Maestra

Na dworcu głównym w Bielefeld jest taka mała księgarnia. A w rogu tej księgarni stoi takie małe korytko z książkami potrąconymi przez życie. Takimi, których nikt nie kocha bo mają uszkodzone okładki  albo brakującą stroną.  Ja chętnie przygarniam takie książki do siebie. Po pierwsze dlatego, że kosztują 3 euro czyli mniej niż kawa i kanapka w piekarni naprzeciwko. Po drugie dlatego, że mam poczucie, że robię cos dobrego dla świata,  adoptując  te niekochane książki. Taki dobry, książkowy uczynek. Dziś jednak mimo najszczerszych chęci + 30 minut zbędnego czasu w oczekiwaniu na kolejny pociąg, nie udało mi się wygrzebać z korytka nic do przygarnięcia. Wraz z nadejściem lata księgarnie zalała kolejna fala kiczowatych, plażowych romansideł. Co drugie z nich jest bestsellerem, co trzecie dumnie pręży na okładce niezwykle euforyczne opinie mniej lub bardziej znanych krytyków.  Taki typ książek dla tych, którzy czytają tylko na plaży i tylko z nudów. Z radośnie barwną okładką i trochę mniej barwną fabułą opisaną mało barwnym słownictwem.  Raz już się nabrałam , optymistycznie oczekując ciekawej i głębokiej analizy psychologicznej człowieka w „50 twarzach Grey’a”.  Dzisiaj zajrzałam do korytka,  przekopałam się przez kilka tytułów i recenzji i ostatecznie kupiłam kawę i kanapkę w piekarni naprzeciwko.