niedziela, 27 lipca 2014

Bochum Hbf

Mówią: podążaj za głosem serca.
Równie dobrze mogłabym podążać za jakimś radosnym trzylatkiem, który w swojej dziecięcej naiwności biegłby z wyciągniętymi rączkami do wszystkiego co ładne, kolorowe i błyszczące. A potem płakałby głośno, że nie może mieć tego wszystkiego na własność. Moje serce potrzebuje stałego nadzoru rodzicielskiego. Aż strach spuścić je na chwilę z oka.

sobota, 26 lipca 2014

Otra vez

Gdybym umiała grać na gitarze i śpiewać, dzień taki jak ten spędziłabym na dworze, siedząc na kocu w wyjątkowo obciachowych okularach przeciwsłonecznych, brzdąkając leniwie na gitarze i nucąc gdzieś w przestrzeń jakieś stare, romantyczne piosenki. Ale ponieważ nie umiem ani grać ani śpiewać, to tylko leżę na tym kocu, słuchając jak C. w wyjątkowo obciachowych okularach przeciwsłonecznych, brzdąka leniwie na gitarze i nuci gdzieś w przestrzeń jakieś stare, romantyczne piosenki po hiszpańsku. Mogłabym słuchać go tak cały dzień, ale moje ramiona zaczynają już niebezpiecznie piec pod wpływem słońca. Idealna sobota. Przedostatnia sobota.

***

M. jechała obok mnie na rowerze, wciąż na lekkim kacu próbowała pozbierać w całość wspomnienia z wczorajszej imprezy. Z każdym kolejnym kilometrem odpowiadałam jej coraz rzadziej i coraz mniej gramatycznie, dysząc przy tym coraz bardziej. Czysta symbioza - ja potrzebowałam towarzystwa i doppingu, a M. wiernego słuchacza i odrobiny świeżego powietrza na kaca. Trzeba będzie to powtórzyć.

***

Nie pytaj, czy możesz. Udowodnij mi, że możesz. 

piątek, 25 lipca 2014

die Faulheit

Zasnęłam na trawniku przed szpitalem w czasie naszej przerwy śniadaniowej. Obudziła mnie dopiero mrówka, która postanowiła skorzystać z okazji i zwiedzić wnętrze mojego prawego ucha. K. i A. z uśmiechem pełnym zrozumienia odprowadzili mnie prosto pod stoliczek z kawą na oddziale. Czwarta kawa w przeciągu 6 godzin. Druga nieprzespana noc z rzędu. Właściwie miałam zamiar zostać tego dnia w łóżku, ale o 5.30 rano D. znów włączyła muzykę na pełny regulator - tym razem żeby posprzątać po imprezie. Doszłam do wniosku, że w szpitalu będzie ciszej więc poszłam do kuchni poszukać jakiegoś śniadania.
- Melanż roku, co nie?! - D. przywitała mnie radośnie. Wciąż miała na sobie kieckę, która opinała jej zgrabny tyłek tak, że nawet ja nie mogłam wczoraj oderwać od niej wzroku. Tylko makijaż trochę jej się rozmazał i nie wiem skąd wzięła krawat, którym przewiązała sobie głowę niczym Rambo. 
- Hę? - zachrypiałam - mamy jakieś czyste kubki?
- Chyba nie. Ale mamy jeszcze trochę wina. Chcesz?

***

Wieczorem znów siedziałyśmy w kuchni. Za kaucję po wszystkich zebranych po imprezie butelkach kupiłyśmy dwa duże pudełka lodów, bitą śmietanę i polewę czekoladową. Dla równowagi D. i K. pokropiły swoje miseczki sporą porcją pożegnalnych łez. Uściski, łzy, anegdotki, wspomnienia, zdjęcia, mentolowe papierosy. Na koniec i tak musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: "to do jutra, śpij dobrze!". 

Zaczęło się, cholera. Zaczęło się. 

sobota, 19 lipca 2014

tattoo

"Odwaga nie oznacza braku strachu. Odwaga jest wtedy, gdy wciąż idziesz naprzód, pomimo strachu".

Przeczucia. Podobno są skutkiem nieświadomego kumulowania doświadczeń z przeszłości - często nawet błahych i pozornie nieistotnych. Podobno pamięć tego, co przeżyliśmy na zawsze zostaje zapisana w jakimś tajemniczym zakamarku naszego mózgu, chociaż na codzień nie mamy dostępu do tych informacji. Podobno w momencie trudnych wyborów i poważnych decyzji informacje te wysyłane są w formie impulsów do naszego ciała, które reaguje na nie pozytywnymi lub negatywnymi odczuciami. Dzięki nim "decyzja" zostaje podjęta dużo wcześniej niż w przypadku "racjonalnego" i "świadomego" myślenia. Podobno tym jest właśnie przeczucie. Chłodną i skrupulatną analizą wszystkich zebranych doświadczeń, nie wizjonerstwem czy tajemniczym komunikowaniem się z przyszłością. Wyciąganiem prostych wniosków i wypracowywaniem odruchów obronnych. A może nie tyle obronnych, co uzbrajających. Podobno najlepszą obroną jest atak. Mam przeczucie, że już i tak za późno, żeby myśleć o ucieczce. 

niedziela, 13 lipca 2014

Can you squeeze my little finger?

B. swoje pierwsze piwo otworzył tuż po dwunastej, siedząc samotnie przed Max Kade Hall w swojej nieśmiertelnej koszulce kibica. Wyraźnie ucieszył się na nasz widok
- Stresujecie się?
- Bardzo! Nie mogłam spać w nocy - nie wiem czy nie wyczuł czy zwyczajnie nie chciał wyczuć mojego sarkazmu.
- Ale dzisiaj napijesz się z nami?
- Kupiłam dwa piwa.
- No chyba żartujesz! Taki dzień i dwa piwa?!
- O ósmej muszę być na oddziale pediatrycznym. Trzeźwa!
- Spokojnie, niemieckie dzieci są przyzwyczajone! Ja mam jutro egzamin na dziesiątą. Więc muszę to dobrze zaplanować. Może zrobię tak jak na sylwestra - do północy wypiję tylko kilka piw, żeby dotrwać do końca meczu a jak już mecz się skończy to upiję się porządnie. I zdrzemnę się chwilkę nad ranem zanim pójdę na egzamin.

***

W Beamerraum możnaby dzisiaj odzyskiwać adrenalinę i kortyzol z parującego powietrza. Usiadłam po turecku na barze i pozwoliłam moim myślom wylecieć na zewnątrz przez otwarte na oścież drzwi. Niech się przewietrzą, dzisiaj nie mam siły biegać za nimi po parku. Nie chciałam żeby przesiąkły dodatkowo tym zapachem i atmosferą. Ostatnio i tak ciężko mi nad nimi zapanować. Zastygłam więc w pozycji po turecku, czekając cierpliwie aż wrócą zmęczone i trochę spokojniejsze. Wróciły w dogrywce. Nie wiem, gdzie szwędały się tym razem, ale wróciły jeszcze bardziej rozbestwione, nieposłuszne i rozczochrane niż kiedykolwiek. Wpadły do głowy lewym uchem, wycisnęły przypadkowo kilka łez z kanalików łzowych, odbiły się kilka razy rykoszetem i rozproszyły chaotycznie po całej głowie, gryząc, uwierając i swędząc niemiłosiernie. Niemcy wymęczyli w końcu zwycięskiego gola a ja pożałowałam, że nie zaopatrzyłam się na tę noc w stopery do uszu... i kaganiec na niesforne myśli.  

środa, 9 lipca 2014

Wiórki kokosowe

Od trzech dni deszcz nie przestał padać ani na chwilę, zmieniając jedynie co jakiś czas formę z ciężkich dużych kropli na lepką mżawkę bądź cienkie strużki lejące się nieprzerwanie z nieba. Raz więc chlupocze, raz szumi cichutko, raz agresywnie bębni o parapety, innym razem w zupełnej ciszy oblepia świat wilgotną mgłą. Siedzimy w naszej ponurej, szarej kuchni, odgrodzone szklaną barierą od tego rozmiękłego, przemokniętego świata. Kaloryfery zrobiły się z powrotem ciepłe a nasza maszyna do kawy nie wyrabia z kolejnymi dostawami kofeiny, by podtrzymać nas w stanie przytomności przez cały dzień. Nie mogę pobiegać, pranie w pokoju nie chce wyschnąć, włosy nie chcą się układać i nie zrobiłam dzisiaj nic produktywnego. Tak. Dzisiaj jest ten dzień, kiedy mam doła.

niedziela, 6 lipca 2014

Chińskie ciasteczka

Zwariowałam. Znów leje deszcz. Nie pada. Leje! Nie kroplami. Strugami! Usiadłam na parapecie, wystawiłam nogi za okno, puściłam muzykę na pełny regulator, patrzę jak mokną moje jak zwykle krzywo pomalowane paznokcie u stóp i śmieję się do siebie. Fajne uczucie. Do zapamiętania: zainwestować kiedyś w deszczownicę.
Zwariowałam. Kupiłam na ebayu zieloną farbę do włosów. I rozjaśniacz. Będziemy czarować! Śmiałe posunięcie jak na kogoś, kto desperacko i histerycznie trzyma się tej samej fryzury od jakichś... <nieśmiałym szeptem> 10 lat.
Zwariowałam. Rozmawiałam w pociągu z obcymi ludźmi. Bo mi się nudziło. Bo uśmiechnęli się do mnie. Bo tutaj od razu przechodzi się na "ty" bez zbędnego nadęcia. Bo tutaj nikogo to nie dziwi, nie budzi podejrzeń. Bo skoro lekko wstawiona panna młoda z grupą poprzebieranych koleżanek  może wyłudzać od ludzi forsę na wieczór panieński w zamian za cukierki albo dowcipy, to ja mogę sobie rozmawiać z kim chcę.

sobota, 5 lipca 2014

100

Jeśli zakładasz wysokie obcasy, musisz mieć pewność, że będziesz w stanie pokonać w nich każdą drogę w wymaganym czasie, niezależnie od sytuacji. Jeśli zakładasz wysokie obcasy - z pełną świadomością decydujesz się na utrudnienia, bo wiesz, że będziesz w stanie poradzić sobie z nimi. Nie pozwól by wysokie obcasy stały się twoją wymówką. Niech będą twoją dumą. Na przykład kiedy twoi koledzy postanawiają wracać nocą, po paru drinkach do akademika przez las pełen zwalonych pni, konarów, gałęzi i liści. Ja nie dam rady? Błąd! Znowu błąd! Jestem wojownikiem! Takim, któremu wprawdzie trzeba czasem podać pomocną rękę i podsadzić w bardziej kłopotliwych momentach... ale zawsze niewzruszonym wojownikiem, który bez słowa skargi przedrze się przez las w sandałach na koturnie w środku nocy!
Wojownikiem, który może trochę zbyt łatwo się wzrusza, nie przepada za pająkami i czasem potrzebuje przytulić się do kogoś... ale przecież także wojownikiem, który o to co ważne i wartościowe będzie walczył dzielnie i z nadzieją do samego końca, chociaż wszyscy inni dawno się wycofali (nie wykluczam, że ma to niekiedy związek z brakiem zdolności chłodnej, czysto matematycznej i taktycznej analizy własnej sytuacji).Obowiązkowo przy tym z wdziękiem i na wysokich obcasach.

piątek, 4 lipca 2014

Chavo y unicornio

Jeśli pszczoła miałaby alergię na pyłek kwiatowy - czy dalej byłaby nazywana pszczołą czy może bezużytecznym trutniem?
Co definiuje nas jako ludzi? Nasze działania? Nasze zamiary? A może motywy, którymi się kierujemy?
Gdzie jest granica pomiędzy miłością a przyzwyczajeniem, wzajemnym zrozumieniem i strachem przed samotnością?
Czy naprawdę można zakochać się "od pierwszego wejrzenia"? 
W co będą wierzyć ludzie za sto lub dwieście lat skoro dawniej wierzono w słońce, ogień czy błyskawice podczas burzy - w to, co nieodkryte, budzące strach i respekt? Dlaczego trzy z największych religii świata narodziły się niemalże w tym samym regionie?
Gdybym miała z powrotem 15-16 lat - czy poszłabym tą samą drogą, czy może wolałabym zmienić bieg wydarzeń, uniknąć pewnych błędów, spróbować czegoś innego?

... a wpadłam tylko na chwilkę napić się kawy.