niedziela, 27 kwietnia 2014

Blessed

Nie wiem co takiego magicznego jest w godzinie 8.30 rano, że ZAWSZE budzę się właśnie wtedy, niezależnie od ilości przespanych godzin, poziomu zmęczenia, pogody czy dnia tygodnia. 8.30 - z odchyleniem standardowym wynoszącym jakieś 10 minut otwieram oczy i już nie zasypiam z powrotem choćby nie wiem co. Już nawet nie patrzę na zegarek po przebudzeniu. I tak wiem, która godzina.
Moje piętro pogrążone jest jeszcze we śnie. Cała kuchnia dla mnie. Spotify, kanapka z dżemem, kubek tej fajnej, pachnącej kawy z tej fajnej maszyny co tak buczy i cichy, pusty, nasiąknięty deszczem świat za oknami. Takie moje prywatne #erasmusmoments.


Gdybyś był bankiem udzielającym kredytów na zaufanie - na ile oceniłbyś moją zdolność kredytową? Duży kredyt, duża inwestycja, poważny klient. Z kilkoma innymi kredytami w innych bankach. Ale jak dotąd bez żadnych poważnych długów czy problemów z ich spłacaniem. Czy na podstawie Twojej prywatnej analizy kredytowej, mógłbyś zaproponować mi korzystną ofertę? 

środa, 23 kwietnia 2014

Übertreiben wir nicht...

W dzisiejszym programie z serii: "Gotowanie w akwarium na Laerholzstraße" prezentujemy Państwu specjał tutejszej kuchni - kawę! Trunek z pozoru banalny i należący dla wielu do codzienności. I w tym właśnie rzecz - aby naszą codzienność nieco urozmaicić, postanowiliśmy podzielić się z Państwem kilkoma ciekawymi wskazówkami z zakresu przygotowywania i sposobu podawania kawy. W akwarium na Laerholzstraße kawa serwowana jest bowiem kilkukrotnie w ciągu dnia, w różnych ilościach, formach i konsystencji w zależności od aktualnej pory dnia, warunków meteorologicznych, stopnia desperacji konsumentów oraz częstotliwości drgania mojej lewej górnej powieki - z reguły jest to znak, że kawy już na dzisiaj wystarczy... otóż wyróżniamy więc kawę w następujących formach:

1. Kawa z mlekiem - banalna, najbardziej popularna wersja naszego trunku.
2. Kawa bez mleka - bo mleko niestety właśnie się skończyło, a do sklepu za daleko.
3. Kawa "w wiaderku" - czyli wersja familijna, podawana w "filiżance" o pojemności 400 ml - żeby nie trzeba było za chwilę wstawać po następną kawę.
4. Kawa z mlekiem po mojemu - albo inaczej: "TO jest kawa??!" - czyli kawa + mleko w proporcji 1:1
5. Gorące mleko z kawą - idealne na chłodne, zaspane poranki
6. Zimne mleko z kawą - kiedy nasze akwarium nagrzewa się od popołudniowego słońca
7. Zimne mleko z mrożonymi kostkami kawy - najnowszy wynalazek - niestety popołudniowe słońce nagrzewa nasze akwarium coraz bardziej...
8. Kawa z lodami waniliowymi - w ramach terapii psich smutków
9. Kawa z cynamonem - wersja świąteczna
10. Kawa z rumem - powód? A musi być jakiś powód?
12. Kawa z magicznego czajniczka M. - czyli produkt najbardziej zbliżony do prawdziwej kawy - po którym z reguły zaczyna drgać mi lewa górna powieka
13. Kawa z pianką - bo D. ma taki fajny brzęczyk, który robi piankę z mleka
14. Prawdziwa włoska czarna kawa - czyli to, co w połączeniu z kilkoma herbatnikami stanowi śniadanie M. Nie próbowałam. Trochę obawiam się o moją lewą górną powiekę.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Hold it! Don't drop it!

Tygrys biały to jeden z wielu wariantów ubarwienia tygrysa. Za jego białą sierść odpowiedzialny jest upośledzony gen wytwarzania melaniny. Osobniki albinotyczne o śnieżnobiałym kolorze futra, posiadające prawie niewidoczne pasy lub ich brak, nazywane są "Królowymi Śniegu". Ale bądźmy szczerzy - to nie czyni ich wcale bardziej odpornymi na zimno ani chłód. W naturze tygrysy te żyją jedynie w subtropikalnych lasach Bengalu, w północno-wschodnich Indiach. I są zagrożone wyginięciem. Dziwisz się? Białemu tygrysowi łatwiej byłoby zakamuflować się w śnieżnej zaspie niż w sercu lasu. Ale w śnieżnej zaspie szybko marzną mu łapy i końcówka ogona, a różowy nos robi się siny z zimna. Przeziębienie gwarantowane. Tygrys żyje więc w sercu subtropikalnego lasu, kamuflując się, jak tylko może. Niełatwo jest być białym tygrysem. Myślisz, że pazury i zęby dają mu poczucie bezpieczeństwa? Że pozwalają mu czuć się panem lasu? One tylko pozwalają mu przetrwać. Tygrys używa ich jedynie, kiedy jest to konieczne. I tylko z konieczności opuszcza swoją kryjówkę, żeby zapolować. Na otwartym terenie nigdy nie czuje się do końca bezpiecznie. Gdybym była białym tygrysem, pewnie zostałabym okrzyknięta najbardziej ułomnym białym tygrysem w historii wszystkich białych tygrysów. Za wychodzenie ze swojej kryjówki na otwarty teren, za pełne zaprezentowanie swojej najbardziej bezbronnej strony. Zero instynktu samozachowawczego. Ale nawet białe tygrysy mają swoje prywatne, poważne powody, dla których opuszczają swoją strefę komfortu i ryzykują swoje futro. Może właśnie dlatego są zagrożone wyginięciem. Może wraz z upośledzonym genem wytwarzania melaniny odziedziczyły również nadaktywny gen odczuwania emocji. Niełatwo jest być białym tygrysem.

***

- To dobrze, że masz swój sposób na takie momenty. Że nawet złe emocje potrafisz przerobić na coś dobrego - idziesz pobiegać i jesteś w stanie przebiec więcej niż zwykle. Nie robisz nic głupiego, szalonego, niebezpiecznego, żeby zagłuszyć to, co masz w środku.
- Robienie głupich rzeczy jest nie w moim stylu... 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Para Pom Pom Para Pom

- Zawsze jak ona rozmawia przez telefon, to mam wrażenie, że jest na coś wkurzona.
- A ja mam wrażenie, że gada po turecku, a nie po grecku.
Nasza kuchnia stała się miejscem uniwersalnym i wielofunkcyjnym. Naszym punktem zbiórek, pokojem do nauki, salą kinową, gabinetem terapeutycznym, balkonem widokowym i centrum rozrywkowym. Tylko azjatki przemykają tędy jak duchy, żeby zostawić coś w lodówce albo podgrzać wodę w czajniku i szybko uciec z powrotem do pokoju.
D. jak zwykle rozmawiała przez telefon w trakcie gotowania. Patrzyłam z podziwem, jak z telefonem przyciśniętym uchem do ramienia krząta się po kuchni, kroi, miesza, schyla się i sięga po przedmioty z półki. Na całej lewej ręce widniał rysunek kości i nerwów – efekt wielogodzinnej nauki anatomii.
Przyszedł czas na kolację więc uprzejmie zgarnęłyśmy z M. wszystkie książki, kartki, notatki i laptopy na dwa stoły, udostępniając reszcie pozostałe dwa. K. kucnęła z telefonem w „hot spocie” czyli jedynym miejscu w kuchni, gdzie można korzystać z wifi i odrabiała swoją pracę domową z niemieckiego, konsultując się co jakiś czas z Ch. A Ch. co jakiś czas dziwiła się, dlaczego każą nam układac takie dziwne zdania, skoro żadne niemiec tak nie mówi. Bardzo budujące.
Z. najwyraźniej znudziła się siedzeniem sama w pokoju, ale tutaj też nie wiedziała co ze sobą zrobić, wałęsała się tylko pomiędzy stołem a kuchennym blatem, zagadując do nas, podrygując w rytm muzyki i mrucząc coś do siebie. Zatrudniłam ją więc w charakterze osobistego modelu do badań naukowych i przećwiczyłam na niej wyzwalanie wszystkich odruchów głębokich przy pomocy stetoskopu. Zadziałało. Wnioski? Z. będzie żyć, a ja nie potrzebuję młoteczka neurologicznego tak bardzo, jak mi się wydawało.
Przy okazji pojawienie się mojego stetoskopu w kuchni wzbudziło ogólne zainteresowanie i K. pozwoliła osłuchać się w celu potwierdzenia zdiagnozowanej dawno temu drobnej wady serca. Nie potwierdziłam. Ale to raczej kwiestia mojej głuchoty i braku wprawy. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Konsultacje medyczne po godzinach

Nie wiem dlaczego odkryłam to dopiero teraz... może dlatego, że dopiero teraz temperatura i pogoda na to pozwalają... idealna miejsce w moim pokoju - na poranną kawę, popołudniową przerwę, malowanie pazurów, wieczorne 5 minut ze słuchawkami na uszach, nocne "nie mogę zasnąć" czy po prostu pilną potrzebę odrobiny świeżego powietrza i zmiany pozycji. Otworzyłam okno na oścież i usiadłam na szerokim parapecie z jedną nogą dyndającą na zewnątrz; oparta plecami o okienną framugę. Kawa, słuchawki, laptop na kolanach. Uwielbiam ten parapet, uwielbiam widok z okna, uwielbiam możliwość dyndania jedną nogą w powietrzu na wysokości czwartego piętra!  

piątek, 11 kwietnia 2014

"Cz", "e", "śśśś", "Ć!"

Jeżeli naprawdę ja sama jestem autorką i reżyserką moich snów; jeśli wszystkie te pokręcone sytuacje, dialogi i sceny wyszły z gdzieś z nieokiełznanych głębin mojej głowy, to strach pomyśleć, co jeszcze tam siedzi i czy któregoś dnia nie postanowi zaczerpnąć świeżego powietrza i wypełznąć na powierzchnię.

***

Poznawanie ludzi to proces wymagający czasu i cierpliwości. Proces, którego nie wolno ani popędzać ani przedwcześnie analizować. Proces idący zawsze w niewiadomym kierunku. Złożony z wielopoziomowych etapów, niekoniecznie występujących po sobie we właściwiej kolejności. To jak uderzanie skorupką jednego jajka o drugie jajko. Pod skorupkami uprzedzeń, powierzchownych analiz i schematów w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach odkrywamy coś zupełnie nowego. Z radością stwierdzam, że w ogromnej większości przypadków moje odkrycia mają charakter bardzo pozytywny. Bywają skorupki mniej i bardziej oporne na uderzenia. Z reguły warto zapukać do środka jeszcze jeden raz. Bez użycia siły. Zwyczajnie, z cierpliwością.

***

Wczoraj: "To widzimy się w kuchni o 10.00 i uczymy się do wieczora."
Dzisiaj: "Kawa?", "Przerwa?", "Herbata?", "Obiad?", "To może godzinka drzemki po obiedzie?", "Zaraz wracam, tylko pójdę po coś do pokoju".

***

Z. triumfalnie wkroczyła do kuchni z dwoma gołębimi piórami w ręku i położyła je na stole obok moich książek.
- Zobacz jakie śliczne znalazłam! Nigdy takich nie widziałam! Można z tego zrobić coś ładnego?
- Nie kładź tego na stole. Gołębie są brudne i przenoszą masę różnych chorób i pasożytów. Wyrzuć to.
Rzuciła mi spojrzenie pełne rozczarowania pomieszanego z odrobiną niedowierzania i zaskoczenia, że nie podzieliłam jej entuzjazmu.
- Naprawdę? To co mam teraz zrobić?
- Najlepiej umyć ręce. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Quieres hablar con ella?

Tego mi było trzeba - wrócić i zobaczyć jak w ciągu dwóch tygodni wszystko rozkwitło i zazieleniło się dookoła. Wyszłam pobiegać w koszulce z krótkim rękawem. Słońce wreszcie wstaje i zachodzi o przyzwoitej porze. Siedzę przy otwartym na oścież oknie - i jest mi w sam raz.
Chyba nareszcie się nauczyłam. Nie tęsknić. Doceniać. W czasie teraźniejszym. A potem bez żalu iść naprzód. Ucieszyć się na widok dawno nie widzianych miejsc, czerpać radość z detali, drobnych gestów, dobrze znanych sytuacji. Zbierać pozytywne emocje, konserwować je i chować na zapas. Wierzyć, że wystarczą do następnego razu. 

środa, 2 kwietnia 2014

Niespodzianka!

Gilles: Tak, tak. Wolisz historie, które można kontrolować: nie możesz ścierpieć swobody.  
Lisa: Swobody?
Gilles: Tego, że sprawy wymykają ci się z rąk. Że sytuacje cię przerastają. Że uczucia są dla ciebie zbyt silne. Jeśli chce się być pewnym wszystkiego, trzeba się zadowolić krótkimi historiami. Związkami, w których wszystko jest dokładnie wytyczone, które są jasne, przejrzyste, mają początek, środek i koniec, których przebieg znaczą konkretne etapy: pierwszy uśmiech, pierwszy napad szalonego śmiechu, pierwsza noc, pierwsza kłótnia, pierwsze pojednanie, pierwsza nuda, pierwsze nieporozumienie, pierwsze nieudane wakacje, pierwsze rozstanie, drugie, trzecie, i w końcu to prawdziwe. Potem wszystko od nowa. Tak samo, tyle że z kim innym. Nazywa się to życiem pełnym przygód, a jest życiem bez przygód, życiem w odcinkach. Nie jest rozsądne długo kochać, kochać bez przerwy to czyste szaleństwo. Rozum nakazuje kochać tak długo, jak jest to przyjemne. Oto miłosny racjonalizm: kochajmy się, dopóki mamy złudzenia, kiedy je stracimy, lepiej się rozstańmy. Gdy tylko ujrzymy przed sobą kogoś rzeczywistego, a nie kogoś, kogo sobie wyobrażamy, rozejdźmy się.
(...)
Gilles: Więc żeby uczucie trwało, trzeba zgodzić się na niepewność, wypłynąć na niebezpieczne wody, tam gdzie posuwa się do przodu tylko ten, kto ufa. Odpoczywać, unosząc się na zmiennych falach zwątpienia, znużenia, spokoju, ale nigdy nie zbaczać z kursu.

Małe Zbrodnie Małżeńskie 
Eric Emmanuel Schmitt

***

Z kursu na prawo jazdy pamiętałam tylko najprostszy komunikat: jak pojawi się czerwona kontrolka - trzeba natychmiast się zatrzymać. A ponieważ pojawiły się dwie czerwone na raz - z czego jedna z desperackim napisem: "stop", a druga w kształcie silnika czy czegoś podobnego - zatrzymałam się na pierwszym lepszym dziurawym poboczu w środku jakiegoś zadupia. Dobrze, że są tatusiowie i dobrze, że tatusiowie orientują się w mieście na tyle dobrze, że znajdują swoje córki w środku jakiegoś zadupia na podstawie chaotycznych opisów pt: "pamiętasz, takie rondo, które dopiero co wyremontowali? to na tym rondzie skręciłam na taki wiadukt... i on potem tak zakręcił... i jak się zjeżdża z tego wiaduktu to pojechałam główną i stoje tu zaraz za tym wiaduktem". 
"...Ok, już jadę". 
Wracaliśmy z warsztatu ("Chodź, dziecko, przejedziesz się dobrym samochodem"), słuchając "Mistrza i Małgorzaty".
- Czytałaś?
- Czytałam, ale nie zrozumiałam.
- Piękna książka. Ja przeczytałem kilka razy, a teraz kupiłem sobie na audiobooku. To lepsze niż informacje w radiu. Człowiek stoi sobie w korku, nie denerwuje się, słucha sobie jak mu czytają.
- Ale o co w tym chodzi? Małgorzata naciera się jakąś maścią i lata na miotle po nocy, gada z kotem i z diabłem...
- No jak to: o co? To było pisane za czasów Stalina, to nawiązanie i krytyka ówczesnej Moskwy, absurdów sytuacji politycznej.
- Czemu ty wszystko wiesz?
- Bo dużo jem. 
Może też powinnam zacząć? Chociaż podejrzewam, że u mnie skutek byłby zupełnie inny...