czwartek, 3 grudnia 2015

Vorläufige Briefe

To już chyba można nazwać zboczeniem zawodowym. Siedzę w kuchni u właścicielki naszego świeżo wynajętego mieszkania i zamiast skupić się na tym co do mnie mówi, sączę herbatę i obserwuję uważnie małą żyłkę na jej skroni. Taka ładna żyłka. Niemowlaki nie mają takich ładnych. Z taką żyłką bym sobie na pewno poradziła...     

niedziela, 29 listopada 2015

Champagne

Dostaliśmy pełno kartek z gratulacjami, butelek wina, świeczek, zestawów śniadaniowych i innych romantycznych gadżetów . Jakby to była zabawa. Oderwana od rzeczywistości sesja zdjęciowa na instagrama albo innego pinteresta, w której piękna, uśmiechnięta para w białych szlafrokach leniwie sączy kawę na balkonie luksusowego hotelu z widokiem na morze. Nikt nie dał nam oręża do walki. Ze słabościami. Stresem. Problemami. Zmęczeniem. Rutyną i bałaganem. Nikt nie dołączył do butelki wina wojskowej konserwy na okoliczność braku czystych naczyń w szafce i mleka w lodówce. Podręcznego zestawu do naprawy zepsutej kuchenki. Paru ampułek cudownego środka, który przywraca siły, witalność i ochotę by po pracy pójść jeszcze na siłownię, a w piątkowy wieczór wyjść do miasta, wyglądając tak świeżo i romantycznie jak ta para z instagrama.  

niedziela, 15 listopada 2015

Who is Ewa?

To ekscytujące. I trochę przerażające. Bawimy się w dom. I w dorosłe życie. Z Twoim gitarowym podkładem w tle. Wracam z pracy i wciąż serce bije mi szybciej niż powinno. We śnie wciąż przyjmuję pacjentów. Przepisuję leki, podejmuję decyzje, zakładam wenflony, próbując powstrzymać drżenie dłoni. W wolnych chwilach segregujemy pranie, zmywamy naczynia, krążymy po sklepie z listą zakupów. Z niecierpliwością czekamy na paczkę z nowym odkurzaczem, a w ramach wieczornych rozrywek, przeglądamy oferty mieszkań na wynajem i rozkłady jazdy lokalnych pociągów.

***

Uwielbiam stanowczość w Twoim glosie. Pewność siebie w Twoich oczach. Poczucie własnej wartości i odwagę w Twoich wypowiedziach.  

  

niedziela, 1 listopada 2015

Approbation

Liście sypały się z drzew, tworząc żółtą, chrzęszczącą warstwę na chodniku i trawie nad rzeką. Kaczki przepływały niespiesznie koło nas, dzieląc taflę wody na trójkąty. Starsze pary spacerowały, trzymając się pod rękę i mierząc nas dyskretnie kątem oka. Zastygliśmy na ławce, oglądając te liście i kaczki, i starsze pary jak multimedialną wystawę - pełną dźwięków, światła, kształtów i kolorów. Każde z nas ze słuchawką w jednym uchu, każde pogrążone w  swojej własnej interpretacji.    

***

Mów mi rzeczy oczywiste. To co oklepane i nudne. Nie bój się ze straci swoją wartość i brzmienie. tak właśnie buduje się pamięć długoterminową. Ja szybko zapominam o tym co oczywiste. Przypadłość studentów medycyny. 



niedziela, 25 października 2015

Wanna be a Rockstar?

Pan Technik podał mi swój tablet, żebym podpisała, że internet został podłączony. W końcu. Po 3 tygodniach.  Swoją drogą nie wiem co to za nowa moda z tymi podpisami palcem na tablecie. Długo pracowałam nad tym, żeby mój podpis na papierze nie wyglądał jak podrobiony przez ośmiolatka. Według niektórych dalej powinnam zresztą nad tym popracować. Na wersję elektroniczną nie byłam przygotowana. Oddałam więc szybko tą żenującą karykaturę mojego nazwiska i zamknęłam drzwi. 
- Działa? 
- Działa. - A. zdążył już przyssać się do swojego komputera. - To co? Przez następny tydzień nie rozmawiamy?   

Swoją drogą brak internetu przez tak długo okres czasu zaoszczędził nam najwyraźniej sporo stresu. 
W Meksyku huragan a w Polsce wybory...

wtorek, 13 października 2015

Are you happy? Do you believe in aliens?

- Jak pani uważa?  Tak?  Czy trochę bardziej w dół? - Dr. M. obiecał dziewięciolatkowi, że już nie będzie miał odstających uszu,  z których śmieją się koledzy w szkole. Dlatego teraz przy stole operacyjnym od dobrych kilku minut próbował ustawić małżowiny tak, żeby nie okazać się niesłownym.
- Ja nie wiem panie doktorze. Pierwszy raz w życiu widzę taki zabieg.
- Ale pani zdanie ma tutaj kluczowe znaczenie. Kobiecy punkt widzenia. Co taki prosty chirurg jak ja może wiedzieć o estetyce?
- A potem będzie moja wina?
Przemilczałam fakt, że głowa chłopca była całkowicie ukryta pod serwetami operacyjnymi i nie istniał żaden punkt odniesienia, względem którego można by ustawić uszy pod odpowiednim kątem. Sale operacyjne to mało adekwatne miejsce do rozmów o estetyce.

niedziela, 13 września 2015

Kiedy prawie-lekarz choruje

Chciałam napisać: student medycyny... absolwent? stażysta? medyczny teoretyk? zawisłam gdzieś pomiędzy definicjami. Dygresja.

Stoimy w aptece, przy półce, którą z reguły omijam szerokim łukiem. Konstruktywną dyskusję i dzielne odpieranie argumentów uniemożliwiają mi napady kaszlu.
- Dalej jesteś "produktywna"?
- Bardzo. I wciąż się rozkręcam.
- Świetnie. Herbatka z tymiankiem. Na kaszel. No zobacz! Tak jest napisane! I to jest herbatka z apteki! Nie chcesz miętowej z lidla bo niby nie ma w niej grama mięty to chociaż tą weź!
- Herbata z tymiankiem? Wiesz jak to będzie śmierdzieć?
- To jest lekarstwo. Lekarstwa nigdy nie są dobre.
- Mogę wziąć te cukierki do ssania zamiast tego?
- A pomogą?
- Nie. Ale będą smaczniejsze.

W ramach małżeńskiego kompromisu wyszliśmy z apteki z herbatką i cukierkami.
Cukierki już zjadłam. Dobre były. A herbatka jest znośna. Trzeba tylko zatkać nos jak się ją pije. Ja natomiast dalej jestem "produktywna".

  

czwartek, 27 sierpnia 2015

Good vibrations

Ostry zapach świeżego prania ściśniętego na jedynym sznurku w naszym chińskim mainstream-owym muzeum.
- Ewusza! Which tea do you want? Chai or... zuuura...zuuurałi....zurałiszczyska?
- O! Żurawinową! Dziękuję!

***

- I co? Macie już wynajęte mieszkanie?
- Tak. W Essen.
- Essen? A nie Trinken?
-  Hehe, nie. Wiesz, że my nie trinken. Ale wyobraź sobie, że wynajęłam je od polki! Odpowiedziałam na jej ogłoszenie po niemiecku ale napisałam, że ja jestem z Polski a A. z Meksyku. Potem dzwoni do mnie jakiś niemiecki numer, odbieram, a dziewczyna mówi do mnie po polsku. Ma chłopaka chińczyka. I jadą teraz na kilka tygodni do Chin.
- Chłopaka chińczyka? - T. rzucił mi wymowne spojrzenie i burknął - świat kręci się za szybko...    

wtorek, 11 sierpnia 2015

Ewusza

Entschieden. Jeżeli kiedyś napiszę książkę, taki własnie będzie miała tytuł. Bo jeżeli kiedykolwiek postanowię napisać książkę o sobie, zacznę własnie od tego roku. Od tych kilku ważnych wyborów. Wierzę, że przyniosą duże zmiany. Powstały gdzieś w środku i będą działać ze środka - zakorzenione na tyle głęboko, by nie ugiąć się pod działaniem żadnych czynników zewnętrznych. Powstały gdzieś w środku i od środka przewróciły mój bezpieczny i asekuracyjny system wartości do góry nogami. Najwyższy czas. Medio tutissimus ibis - najbezpieczniej jest chodzić środkiem. Najbezpieczniej. Najprościej. Najszybciej. Nieświadomie.  

***

Stałam boso w kałuży wody, walcząc z mokrym ubraniem, które przykleiło mi się do ciała. W sali znów rozbrzmiały instrumenty i śpiew. "Szybko, szybko", "Gratulacje, dziewczyny!", "Uważajcie na mokrą podłogę" - szeptała podekscytowana M. - "E.! Tu jesteś! Gratulacje! Jak się czujesz?". Jeszcze nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Potrzebowałam kilku godzin więcej. Ciszy, balkonu, ciepłego hotelowego szlafroka, ostatniego rozdziału książki i odrobiny czasu sam na sam, by wydać oficjalne oświadczenie: "Czuję się fantastycznie. I chcę, żeby tak już zostało."          

***

A. zasnął na moich kolanach w niewiarygodnie niewygodnej pozycji, nie zważając na turbulencje, ogłoszenia pilota ani stewardesy nieustannie drepczące w szpilkach pomiędzy pasażerami. Dzień pełen wrażeń. Objęłam go jedną ręką, próbując unieruchomić jego głowę na moim ramieniu . Pani, która siedziała obok nas, przyglądała się  tym figurom z rozbawieniem.
"Przepraszam, w Polsce nosi się obrączkę na prawej ręce?" - zapytała w końcu. - "Bo w Ameryce nosimy ją na lewej. Pani jest praworęczna? Nie przeszkadza pani ta obrączka na prawej ręce?".
Cóż... jeszcze nie wiem, mam ją na palcu zaledwie od kilku godzin więc nie mam kompetencji do wydawania tego typu opinii...

***

Czekałam pod drzwiami sekretariatu, próbując opanować nerwy. Byłam ponad godzinę spóźniona i miałam nadzieję, że Frau L. jest jeszcze na miejscu, że zechce mnie przyjąć i że słyszała, o dzisiejszym ogólnokrajowym strajku kolejarzy. Ja usłyszałam dopiero rano na dworcu. Od tego czasu przesiadłam się już 5 razy, pogubiłam dwa razy, wypiłam dwie kawy na dwóch różnych dworcach i spociłam się, biegnąc do szpitala z mapą w ręku.
Wychodząc ze szpitala zgubiłam się znowu, przeszłam przez wyjście awaryjne, okrążyłam cały szpital, usiadłam na ławce z butelką wody i rozejrzałam się po pustym miasteczku. Szpital, bank, sklep spożywczy i dworzec. Cześć Detmold! Następnym razem wpadnę na dłużej. Na staż.

   

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Velociraptors

Nie sądziłam, że usłyszę kiedyś te dwa słowa po hiszpańsku.
I że odpowiem po hiszpańsku.
Nie sądziłam, że polubię bardziej twoją wersję mojej kawy.
I że w ogóle polubię kiedykolwiek masaże stóp.
Nie sądziłam, że zacznę czytać takie książki i prowadzić regularnie dziennik wniosków, spostrzeżeń i zadań.
Że wrócę do pływania. I do moich kursów językowych.
Nie sądziłam, że znowu to powiem: odzyskałam swoją homeostazę. Znalazła się na końcu świata. Ma zabawny akcent i czekoladowe oczy. Medycyna się zmienia, zmieniają się normy i zalecenia. Grunt to być na bieżąco i postępować według najnowszej dostępnej wiedzy.


sobota, 23 maja 2015

El zapato esta sobre la mesa.

- Najbardziej wdzięczna jestem za to, że nikomu nie musiałam się tłumaczyć ani nikogo przekonywać. Że ani razu nie padło: "ale może powinnaś to jeszcze przemyśleć" albo "nie podejmuj pochopnych decyzji" albo "jesteś pewna?".
- A jesteś?
Uśmiechnęłam się tylko wymownie.
- Cholera! Skąd wy wiecie czego chcecie?! - G. odchyliła się na krześle i założyła ręce za głowę. Najwyraźniej nie oczekiwała od nas racjonalnej i logicznej odpowiedzi, za co w gruncie rzeczy byłam jej wdzięczna. Nigdy wcześniej nie zrobiłam czegoś równie szalonego, spontanicznego i nieracjonalnego. I nigdy nie byłam jeszcze tak pewna tego, co robię. Ciekawa mieszkanka bardzo przeciwstawnych uczuć w całkiem stabilnej postaci. Takie odkrycie zdecydowanie wymaga dalszych badań i inwestycji.  

wtorek, 5 maja 2015

xochitl‏ znaczy kwiat

B. siedziała po turecku na podłodze, co jakiś czas wzdychając ciężko i przerzucając bez przekonania kartki kolejnych książek. Miała na sobie zwiewne kolorowe spodnie, okulary przeciwsłoneczne i całą kolekcję wakacyjnych plecionych bransoletek na nadgarstku. Innymi słowy B. całą swoją postawą i ubiorem manifestowała wyraźnie, że zdecydowanie bardziej wolałaby siedzieć teraz po turecku gdzieś na otwartej przestrzeni - sącząc piwo, śmiejąc się ze znajomymi i potrząsając kolorowymi bransoletkami na nadgarstku.
H. przyjęła postawę mniej buntowniczą i metodą małych kroczków, rozdzielonych częstymi przerwami na łyk soku/ kontrolną wizytę na facebooku/ szybkie selfie/ zmianę pozycji z siedzącej na leżącą, brnęła uparcie do przodu w swojej intepretacji międzykulturowych negocjacji w biznesie.
Nadciągała burza. Chmury wisiały nisko nad miastem, powietrze gęstniało, a kolejne podmuchy wiatru trochę orzeźwiały atmosferę w tym naukowym letargu.
Złapałam się na tym, że zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią na kolejne z serii 1500 pytań z zakresu onkologii, od dłuższej chwili zastanawiam się, co ja tu właściwie robię. Z tą zmasakrowaną kolorowymi pisakami książką na kolanach. W sterylnym boksie bibliotecznym, przed monitorem buczącego komputera. I kiedy właściwie ostatni raz poddałam pod wątpliwość zasadność i przydatność tego, co robię? Kiedy ostatni raz stanęłam z boku i przyjrzałam się krytycznie swojej rutynie, zmodyfikowałam ją w odniesieniu do jakiegoś szerszego spektrum oczekiwań i planów na przyszłość?
Wracałyśmy z H. do domu. Burza wciąż nie nadeszła. A może przeszła gdzieś bokiem i nawet tego nie zauważyłyśmy? Opowiedziała mi o swoich maskach, karmieniu swoich pragnień - każdego po trochu i poszukiwaniu własnej ścieżki - takiej na której będzie chciała zostać na dłużej. Może na zawsze. Ja opowiedziałam jej o moim upartym i systematycznym dążeniu do pozostania na swojej, dawno wyznaczonej ścieżce. Nam obu przydało się chyba trochę dystansu i kontrastu. Świeże spojrzenie. Jak powietrze po burzy, która nie nadeszła. A może po prostu jej nie zauważyłyśmy. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"Close your eyes"

Słowny fast food. Fast foodowe informacje. Wiadomości w wersji instant.  Emocje zapakowane w pudełeczka "take-away". Z długą datą przydatności. W porcjach gotowych do odgrzania. Nawet talerza nie trzeba brudzić. 
Nie karm mnie tym. 
Wolę poczekać cierpliwie na dobrą kolację. Lekką, zbilansowaną i zdrową. Przygotowaną z uczuciem, podaną ładnie na białym talerzu. 
Baw się słowami. Każde z nich smakuje przecież inaczej. Każda kuchnia świata przygotowuje je na inny sposób. A połączone rozważnie, umiejętnie i w odpowiednich ilościach dają wspaniały efekt kulinarny. 
A na deser? Na deser możemy po prostu pomilczeć. Żeby te rozmowy nie wyszły nam bo(cz)kiem. 
   

środa, 22 kwietnia 2015

¿Qué piensas sobre...

W trakcie rozmowy A. swobodnie wyciągnęła z torebki swoją lustrzankę, bez słowa wstała, odeszła kilka kroków i zaczęła robić nam zdjęcia. Wszystko to odbyło się tak naturalnie, jakby A. miała swoją lustrzankę w torebce każdego dnia i używała jej równie często jak telefonu komórkowego. My natomiast na widok aparatu poruszyłyśmy się niespokojnie na kanapie.
- Mamy pozować?
- Nie.  Macie dalej rozmawiać - padło zza dużego kwiatka w doniczce.
Przy stygnącej pizzy rozmawiałyśmy o planach na najbliższe kilka miesięcy. O zasiłkach dla bezrobotnych. Stażach, ślubach, specjalizacjach i dzieciach. O dokumentach, terminach, ubezpieczeniach, zniżkach, świadczeniach i kartach kredytowych. O przyszłych teściowych. O emigracji i miejscach pracy.
Przez chwilę pożałowałam, że nie mogę tak jak A. wyciągnąć z mojej torebki lustrzanki i schować się z nią za tym dużym kwiatkiem w doniczce.  

***

Zdefiniuj szczęście. Powiedz, czym jest dla Ciebie niezależność. Jaką jednostką będziesz mierzył sukces? Jaki wzrost akcji serca na widok drugiej osoby opisałbyś jako zakochanie? Jakiej wysokości mur byłbyś w stanie przeskoczyć? I co rozumiesz jako porażkę?
Zagramy?


czwartek, 16 kwietnia 2015

Kizomba

Zawsze unikałam jak ognia wszelkiego rodzaju instrukcji obsługi i opisów budowy sprzętów, maszyn i urządzeń, których używałam. To, co znajdowało się w środku stanowiło dla mnie święta, hermetyczną, nienaruszalną zagadkę spójności i kompatybilności wielu małych części, tworzących razem funkcjonalną całość. Tymczasowe rozmontowanie tej spójności i podjęcie próby zrozumienia zasad obowiązujących we wnętrzu maszyny wydawało się przerastać wielokrotnie moje kompetencje i budziło we mnie zawsze spory niepokój. To, co przestawało działać, lądowało więc dla pewności jeszcze kilka razy na podłodze, a kiedy ten profesjonalny i opatentowany sposób naprawy nie przynosił pożądanego efektu - sprzęt po prostu wychodził z użycia i trafiał gdzieś na półkę lub dno szuflady.
Wygląda jednak na to, że czasem np. w ramach wiosennych porządków, warto podjąć wyzwanie, zajrzeć do środka, rozebrać wszystko stopniowo na czynniki pierwsze, trochę się przy tym namęczyć i napocić, spróbować zmontować je starannie od nowa i z bijącym sercem raz jeszcze wcisnąć przycisk "start". Jak to zresztą zwykle bywa z majsterkowaniem - zostało mi w ręce kilka drobnych części. Najwyraźniej nie były tak niezbędne, jak mi się do tej pory wydawało. Najwyraźniej nie warto czytać instrukcja obsługi skoro nie przewidują dodatkowych wariantów spójności i kompatybilności.

   
           

wtorek, 7 kwietnia 2015

5.54min/km

"Gwiazda spadła. Wymyśl życzenie!"
O czym może myśleć spadająca gwiazda? Może o tym, że wcale nie chce jeszcze spadać? Może o tym, jakim torem powinna lecieć, by lecieć jak najdłużej i nie spalić się już po chwili. Może obciążanie spadających gwiazd własnymi życzeniami tylko skraca ich lot i jest zwyczajnie niehumanitarne? Może życzenia przyczepione do gwiazd wędrują razem z nimi w nicość i nigdy nikt ich już nie odnajdzie? Może przepakowywanie przypadkowych zjawisk i przedmiotów ciężarem własnych oczekiwań powinno zostać odgórnie zabronione?
Moje awokado nareszcie wykiełkowało. Dopiero wtedy, kiedy przestałam wgapiać się w nie z nadzieją każdego ranka. W świętym spokoju, na złość mojej niecierpliwości. A może w ramach nauczki na przyszłość.

  

niedziela, 5 kwietnia 2015

Fool in love with me

Może to wszystko
dzieje się w 
laboratorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?

Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?

Może inaczej:
żadnych interwencji?
Zmiany zachodzą same
zgodnie z planem?
Igła wykresu rysuje pomału
przewidziane zygzaki?

Może jak dotąd nic w nas ciekawego?
Monitory kontrolne włączane są rzadko?
Tylko 
gdy wojna i to raczej duża.
niektóre wzloty ponad grudkę Ziemi.
czy pokaźne wędrówki z punktu A do B?

Może przeciwnie:
gustują tam wyłącznie w epizodach?
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.

Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.

Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!



Wisława Szymborska "Wiara"

sobota, 28 marca 2015

Bema Cafe

Siedząc sama w salonie, czuję się jak krokodyl z bajki o Piotrusiu Panie. Biedny gad połknął kiedyś  budzik, który nieprzerwanie tykał mu w brzuchu. W moim salonie tykają równocześnie 3 zegary. Każdy w innym tempie, każdy na inną nutę. Każdy bije też co pół godziny swoją własną melodię - jeden po drugim, jakby przedrzeźniały się nawzajem. To równomierne tykanie z trzech stron salonu monotonnie i uparcie wierci trzy małe dziurki z trzech stron mojej głowy. W efekcie świeżo przyswojona wiedza wpada do głowy jedną dziurką i natychmiast znajduje ujście dwoma pozostałymi. Uwielbiam produktywne sobotnie popołudnia w moim salonie.

***

K. maltretowała widelcem resztkę tarty na swoim talerzu, zerkając na mnie z niedowierzaniem, pomieszanym z odrobiną niepokoju, szczodrze doprawionym dezaprobatą.
- ... bo z drugiej strony, myśląc czysto logicznie, analitycznie i  ze zdrowym rozsądkiem...
- No nareszcie wróciłaś! - zachichotała i odłożyła wreszcie widelec z powrotem na talerz.
Przytuliła mnie mocno na pożegnanie i pomaszerowała w swoją stronę. Domyślam się, co siedziało jej w głowie. Znacznie bardziej skomplikowana i poplątana okazała się zawartość mojej własnej.           

wtorek, 24 marca 2015

10:47

Nie wiem, który to był kilometr. Las szumiał przyjaźnie, niebo było niebieskie, kroki pewne, oddech równy, myśli czyste i spokojne. Gdzieś tam spadał własnie samolot. 

poniedziałek, 16 marca 2015

Interakcje

H. wpadła do kuchni, by triumfalnie oznajmić, że sprawdziła dietę dopasowaną do jej grupy krwi i okazało się, że jej pomysł na zostanie weganką nie był żadną fanaberią bo ani H. ani jej erytrocyty nie trawią mięsa, mleka ani jajek. W jej krwi powinny zatem krążyć same warzywa i owoce, a jej organizm po prostu domagał się tego, co dla niego najzdrowsze - stąd cały pomysł, żadne tam uleganie przejściowej modzie.
Z ciekawości zajrzałam więc, co specjaliści od wszystkiego wywróżyli z moich czerwonokrwinkowych antygenów. Zajrzałam i pożałowałam. Bo o ile całkiem chętnie wzbogaciłabym moją dietę o więcej świeżych warzyw i owoców, o tyle nie wyobrażam sobie zrezygnować ze WSZYSTKIEGO co jeść i pić uwielbiam na rzecz... mięsa. I w zasadzie tylko mięsa. Moja błękitna krew domaga się krwi! Nie mleka, nie jogurtów, nie płatków owsianych ani nawet jajek. Moja krew chce mięsa. Codziennie. Na śniadanie, obiad i kolację. No ewentualnie jak do tego mięsa kawałek jakiejś zieleniny wpadnie to też łaskawie strawi. Ale bez stejków ani rusz.
Zastanawiający jest jedynie fakt, dlaczego wszechwiedzące i prorocze erytrocyty H. dały radę skontaktować się z podświadomością i ostrzec ją przed niebezpieczeństwem niewłaściwego odżywiania, podczas gdy moje milczały przez 25 lat, tolerując grzecznie moją mało drapieżną dietę. A może moje erytrocyty świadomie dążą do samozagłady, pozwalając mi faszerować się bezkarnie nabiałem i owocami? Jedno jest pewne - stu lat jak jakieś zasuszone chińskie babcie nie dożyję. 

sobota, 14 marca 2015

Żonkile

Pod żyrandolem z pustych butelek po piwie, przy dźwiękach latynoskich hitów, jedliśmy enchiladas ("jak to się wymawia? M., to ty zamów. Ej, a może burrito? Czym to się różni od chimichangas i burrito? Jedno i drugie jest w tortilli...") i popijaliśmy kolorowe drinki z parasolkami. Sam Zorro w czarnej masce i pelerynie pojawił się przy naszym stoliku dwa razy i z  dzikim okrzykiem rzucił nam przed nos sernik, a potem urodzinową czekoladową babeczkę i uciekł. Patrzyłam na K. - jak świecą jej się oczy, jak ze śmiechem odgarnia na bok grzywkę i potrząsa bransoletką na nadgarstku. Jak raz po raz zerka na telefon i uśmiecha się do ekranu. Może tak powinno być. Radośnie, nieskomplikowanie, otwarcie, naiwnie i naturalnie. 
"Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz?" 

wtorek, 3 marca 2015

Grappa alla prugna

O słowa trzeba się troszczyć. Raz wypowiedziane nie znikną w magiczny sposób. Raz wypuszczone na wolność idą w świat, szybko dziczeją i nie pozwalają się już z powrotem ujarzmić. Bywa, że jak pasożyty zadomawiają się w głowach innych ludzi, hałasując, wiercąc dziury i nie dając spokoju. Świeżo wypowiedziane słowa najlepiej szybko napełnić pełnowartościową mieszanką uczuć i działań. Gdy są  puste w środku, odlecą jak liście z pierwszym podmuchem wiatru i tyle je było widać.
     

środa, 25 lutego 2015

Be my guest

"A wy co takie nastroszone siedzicie? A, zapomniałam, że E. po prostu ma taką minę".

***

Znudziłam się ciszą. Niepewnym milczeniem. Świat zszedł na psy i już nawet wali się po cichu. Ostrożnie. Wyrachowanie. Bez hałasu. Bez słów. Nawet nie w jednej chwili tylko z gracją lawiruje tygodniami na granicy upadku, gubi niespiesznie swoje części, chwieje się. Wstrzymuję oddech, zaciskam powieki. Czekam na huk. Zamiast niego następuje szereg grzecznościowych implozji. Wielkie eksplozje są efektowne, ale ryzykowne. Odsłaniają i ujawniają zbyt wiele. Czekałam na zuchwały ogień. Zamiast niego znalazłam garstkę stygnącego popiołu. I uprzejmą ciszę. Niejednoznaczną, chwiejną ciszę. Tak jakby garstka popiołu wciąż rozważała, czy z powrotem nie stać się kawałkiem drewna. I nie spłonąć z impetem. Tylko iskier zabrakło.        


niedziela, 22 lutego 2015

"Znów się uśmiechasz"

Jeszcze miesiąc temu omijałam go szerokim łukiem. Bo czego taki mieszczuch jak ja miałby szukać w takim wielkim lesie, pełnym dzików, błota i krętych ścieżek? Pierwsze wyprawy, podczas których asekuracyjnie biegłam na wprost przez wszystkie skrzyżowania i rozwidlenia, zamieniły moje buty w pokryte warstwą błota osobne ekosystemy. Tylko czekam, aż pewnego dnia porosną mchem albo rozkwitną na wiosnę. Coraz śmielej odkrywam jednak nowe ścieżki, połączenia i zakamarki. Rano las milczy, pokryty jeszcze warstwą szronu i lodu. Biegnę więc w tej ciszy, jak w zaklęciu, nie śmiem przerwać jej i włączyć ipoda. Po południu natomiast, kiedy zamarznięta ziemia z powrotem zamienia się w śliskie błoto, trawy odzyskują zdolność ruchu, a las rozgaduje się głosem ptaków i wiatru, spaceruję, tocząc długie rozmowy. Promienie słońca przerabiam na dobry nastrój. Rozmowy - na nowe pomysły, wnioski i inspiracje. Błoto z drogi przerabiam na plamy na spodniach.

        

niedziela, 15 lutego 2015

"Obyś był zimny albo gorący!"

Byłam niezwykle dumna z mojego talentu ogrodniczego, kiedy okazało się, że pestka od awokado, którą dawno spisałam już na straty, nagle spuchła i popękała w kilku miejscach. W zasadzie powodem, dla którego trzymałam ją jeszcze na parapecie, było moje czyste lenistwo. A tu nagle wracam po kilku dniach i pestka wreszcie postanowiła dać mi powód do dumy! Już miałam zabrać się za pisanie pełnej optymizmu notki o tym, jak cierpliwość popłaca i jak czasem warto dać szansę zupełnie nierokującej pestce awokado i zupełnie nierokującej, początkującej ogrodniczce... aż do pokoju weszła H. i uświadomiła mnie, że pod moją nieobecność, zasadziła w szklance nową pestkę awokado, bo poprzednia już dawno zgniła... cóż... najważniejsze, że nowa pestka jak dotąd ma się dobrze. Czekam, aż wykiełkuje pod czujnym okiem H., która odwiedza ją codziennie w moim pokoju. Ja pozostanę natomiast przy tym, co potrafię robić czyli pieczeniu szarlotek i przygotowywaniu sałatek z awokado. Takiego ze sklepu. Tego z własnej hodowli pewnie nigdy się nie doczekam.   

poniedziałek, 9 lutego 2015

An bhfuil céad agam dul amach go dtí an leithreas más é do thoil é

Nad naszymi głowami zaświeciła się kontrolka "zapiąć pasy" i samolot zanurzył się płynnie w warstwę szaro-fioletowych chmur. Zawsze dziwi mnie, jak nieprzyjemne, głośne i szorstkie jest przebijanie się przez te z pozoru delikatne, miękkie obłoczki. Na kilka długich minut straciłam zupełnie z oczy skrzydło samolotu i nagle z mgły wyłonił się szary, zmarznięty i wietrzny Wrocław. Tam na górze było tak słonecznie, pusto i cicho. 

czwartek, 5 lutego 2015

zakwasy

Ile takich modlitw słyszysz każdego dnia? W ilu językach? Ile niemych, ile wykrzyczanych? Jak wiele z nich jest nieodwzajemnionych? Jak wiele z nich jest w konflikcie z innymi, wyklucza się, krzyżuje, powtarza, pozostaje w sprzeczności? Ile jest tych otwartych, jeszcze nieukierunkowanych?  Czy potrzebujesz obopólnej zgody, aby rozpatrzyć je pozytywnie? Czy nie gubisz się w tej wielowarstwowej sieci uczuć i relacji?

***

Wspaniały dzień na lot samolotem:

godzina 7.30 

godzina 9.00
































    

poniedziałek, 2 lutego 2015

brunch

- Puk puk - T. wystawił nieśmiało głowę zza futryny i rozejrzał się zdezorientowany.
- No cześć... - odłożyłam książkę, oczekując, że wejdzie albo powie coś więcej. Zamiast tego zapadła kilkusekundowa cisza.
- A nic, tak wpadłem. W sumie to zabłądziłem w drodze do sypialni - wyszczerzył zęby i wycofał się do swojego pokoju. 

To był chyba najwyższy czas na zmiany. Ten dom jest jakby bardziej domem. Ze wspólnymi weekendowymi śniadaniami, poranną kawą w jednakowych kubeczkach i wieczornym siedzeniem przy kominku. Wciąż jesteśmy nierozpakowani, chaotyczni i pogubieni. Wciąż mylimy włączniki światła, otwieramy niewłaściwe szuflady w kuchni i budzimy się rano w "obcych" pokojach. A mimo to jakoś tak serdeczniej, pozytywniej i bardziej rodzinnie.
"Stałam w tym korku ponad 40 minut i byłam wściekła, ale jak już w końcu podjechałam pod dom i zaparkowałam, to aż się uśmiechnęłam sama do siebie. W końcu to moje wielkie marzenie. I to marzenie w końcu się spełniło."      
    

środa, 28 stycznia 2015

Nie ma wody w kranie

Aż trudno uwierzyć, że kończymy studia. 6 lat wydawało się być wiecznością. 6 lat minęło jak kilka chwil. Młodzi, piękni, pełni entuzjazmu i zapału. Tacy powinniśmy być. Tak zawsze nas sobie wyobrażałam. Powinniśmy czuć się jak władcy wszechświata, jak kibice po wygranym meczu. Dumni . Niepokonani. Euforyczni. My natomiast zamykamy się w sobie, wpadamy w depresję lub w panice przewracamy swoje życie do góry nogami. W popłochu szukamy partnera na resztę życia, planu awaryjnego albo drogi ucieczki za granicę. Zrywamy kontakty, niszczymy przyjaźnie, dziwaczejemy. Z niepokojem zerkamy na kartki kalendarza, z niepokojem patrzymy w przyszłość. Tyle planów i oczekiwań do spełnienia, Tyle priorytetów do pogodzenia. Tyle niewiadomych i zmiennych. Szukamy znaków na Niebie i Ziemi. Nowych systemów wartości. Właściwych dróg.Wskazówek i podpowiedzi. Może 6 lat trwało jednak za długo i po drodze utraciliśmy zdolność ewolucji i przystosowywania się do nowego systemu. Innego niż ten uczelniany.       

czwartek, 22 stycznia 2015

złamania, zwichnięcia, podwichnięcia, skręcenia

Dni ciągną się w nieskończoność. Noce zawsze są za krótkie. Tygodnie i miesiące kurczą się gwałtownie i wypadają z kalendarza przez szparę pomiędzy kartkami. Zastygłam w nieodpartym przeczuciu, że powinnam być gdzie indziej. Że jestem w niewłaściwym miejscu.
Po polu przed moim domem jeździ wielka pomarańczowa ciężarówka, rozsypując cos podczas jazdy. Nie przypuszczałam, że ciężarówki mogą jeździć po polu tak szybko i driftować przy tym na zakrętach.   Po drugiej stronie panowie rozpoczęli najwyraźniej budowę fosy obronnej przed bramą wjazdową a w kuchni elektrycy od samego rana dłubią śrubokrętami we wtyczkach i bawią się kablami.
„Byłabyś świetnym kierownikiem budowy”. Cóż, jeżeli rola kierownika polega na codziennym przygotowaniu 5-10 kaw i herbat (Z mlekiem? Cukier? Czarna?  To może woda?) i bieganiu po domu z pękiem kluczy i odkurzaczem – tak, mogę zastanowić się jeszcze nad rzuceniem studiów i przejęciem mojej chwilowej posady na stałe.

A skoro już mowa o przedsiębiorczości i własnym biznesie - codziennie rano schodzę do kuchni z nadzieją, że świeżo zasadzona pestka awokado zaczęła już kiełkować. Pestka jak na złość ani drgnie. Słońce zresztą również jak na złość nie chce przebić się przez warstwę chmur i wspomóc mnie trochę i przekonywaniu pestki, żeby wykiełkowała. A marzyła mi się prawdziwa hodowla awokado.  

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Reentry

Potrafię sama zgubić się w jednej chwili. Zadać milion pytań, nie znaleźć na nie odpowiedzi.  Szybko stracić oddech, motywację i siły. Potrafię też sama całkiem łatwo przestraszyć się i zrezygnować. Zrobić samodzielne trzy kroki naprzód i cztery w tył.

Dobrze więc, że nie muszę robić tego wszystkiego całkiem sama.  

niedziela, 18 stycznia 2015

Do the right thing.

Wczorajszy wieczór jak zwykle skończył się na nieruchomym wgapianiu się w ogień tańczący i strzelający za szybą kominka. A miałam uczyć się ortopedii. Zamiast tego skupiłam się na maltretowaniu kota kilkoma wyświechtanymi utworami zapętlonymi i powtórzonymi po tylekroć, że w końcu zlały się w jedną całość z otoczeniem, chemicznie połączyły z cząsteczkami powietrza w pokoju, wrosły w ściany, osiadły na dnie kominka razem z popiołem. Kot pozostał natomiast niewzruszony i niewrażliwy na ich silne przyciąganie. Zdecydowanie bardziej przyciągało go ciepło kominkowej szyby i moje kolana.
Dzisiejszy poranek jest tak szary, że mógłby bez problemu być wczorajszym wieczorem. W kominku spiętrzyła się warstwa popiołu. Zmieniłam jedynie kąt siedzenia na kanapie i z resztką stygnącej kawy wgapiam się tym razem w pustą przestrzeń za oknem. Czekam na grom z jasnego nieba. Chyba. Czekam na jakiś znak, gest, błyskawicę, wielki przewrót, zielone światło. Czekam na coś, co przerwie tę ciszę, nieruchomy krajobraz. Nie wiem właściwie do końca, na co czekam. Może wcale nie czekam? Może po prostu monotonia porannego widoku przez okno i ciepło wieczornego kominka są czymś w rodzaju stabilnego i statycznego wzoru, według którego powinnam poukładać wreszcie wnętrze mojej głowy? Może przydałoby mi się bardziej niż ten grom z jasnego nieba? A może tylko dorabiam sobie skomplikowane teorie do mojej niechęci względem ortopedii?

sobota, 10 stycznia 2015

Dublin, Basel, Dortmund, Stuttgart

Wozimy się po nowym osiedlu z kotem na smyczy. Pod osłoną nocy, żeby wstydu kotu na dzielnicy nie robić. Tym bardziej, że kot na smyczy chodzi tyłem.  My natomiast na drugim końcu smyczy chodzimy bokiem, starając się omijać największe błoto, stosy cegieł, kontenery pełne resztek materiałów budowlanych i hałdy piasku. W tych ubłoconych butach, ubłoconym samochodem, wracamy do miasta tylko w razie konieczności, robiąc zakupy z wyprzedzeniem na kilka kolejnych dni.
Nowe domy pachną dziwnie i wydają w nocy dziwne odgłosy. W połączeniu z odgłosami wyjącego kota, który tęskni chyba za życiem bez błota, stosów cegieł i smyczy, oznacza to tylko kolejne nieprzespane noce i kolejne nocne dochodzenia i przeszpiegi. Wiatr wieje tu inaczej. Inaczej kapie woda pod prysznicem. inaczej brzmią nocne pielgrzymki do łazienki, inaczej pracuje lodówka.
Uwielbiam wieczory przy kominku, rozpalanym na razie z czystej ciekawości i dla zabawy.
Uwielbiam poranną kawę z widokiem na szczere pole i te góry błota, które podobno są naszym ogrodem.
Uwielbiam tą ciszę, pustkę i spokój. Nawet chwilowy brak Internetu okazał się być źródłem zbawiennego dystansu i narodzin kilku nowych, ważnych wniosków i perspektyw.

H. puściła właśnie z dymem całą paczkę chusteczek higienicznych i pół opakowania zapałek rozpalając kolejną porcję drewna z garażu. Do odznaki dzielnego skauta jeszcze długa droga. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Kominek

Technicznie rzecz ujmując, każdy zmysł ma swoją konkretną drogę przewodzenia i bardzo konkretny obszar w mózgu, który odpowiada w konkretny sposób na docierające do niego bodźce. Czysty, racjonalny, prosty schemat. O ile prostszy byłby świat, gdyby ludzki umysł i ciało funkcjonowały w sposób racjonalny i standardowy. Gdybyśmy, biorąc przykład z Kartezjusza, podążali drogą aksjomatów od konkretnego bodźca do konkretnej reakcji na ten bodziec. 
Miałeś tak kiedyś? Jedna melodia, bodziec dźwiękowy w najczystszej postaci, wywołał niespodziewanie kaskadę uczuć, wspomnień i reakcji ze wszystkich pozostałych obszarów mózgu, które teoretycznie rzecz biorąc powinny chwilowo siedzieć cicho i nie przeszkadzać. Dodatkowo odkryłam szósty obszar reakcji na bodźce zewnętrzne, zlokalizowany gdzieś głęboko za mostkiem. Wystarczyło zamknąć oczy, by poczuć z powrotem wszystko tak realnie, że aż zabolało. Zapachy, dźwięki, obrazy i dotyk zmieszały się w jedną realną całość. Tak jakby ten perfekcyjnie uporządkowany układ połączeń w moim mózgu nagle poplątał się i pogubił gdzieś po drodze impulsy, które zabłądziły i dotarły nie tam gdzie trzeba. 
To się chyba nazywa empiryzm. Poznanie przez doświadczenie. Synchronizacja zmysłów i tworzenie skomplikowanych i rozbudowanych idei na podstawie docierających bodźców. Jednym słowem chaos. Bezkrólewie i anarchia, nad którymi nie panuję. Dobrze, że bodźce nie trwają wiecznie. Dobrze, że melodie mają swój początek i koniec. Dobrze, że po nich zapada cisza, podczas której testuję na sobie leczenie ucisku za mostkiem metodą hipnozy przed ekranem kominka.