Na dworcu głównym w Bielefeld jest taka mała księgarnia. A w
rogu tej księgarni stoi takie małe korytko z książkami potrąconymi przez życie.
Takimi, których nikt nie kocha bo mają uszkodzone okładki albo brakującą stroną. Ja chętnie przygarniam takie książki do
siebie. Po pierwsze dlatego, że kosztują 3 euro czyli mniej niż kawa i kanapka
w piekarni naprzeciwko. Po drugie dlatego, że mam poczucie, że robię cos
dobrego dla świata, adoptując te niekochane książki. Taki dobry, książkowy
uczynek. Dziś jednak mimo najszczerszych chęci + 30 minut zbędnego czasu w
oczekiwaniu na kolejny pociąg, nie udało mi się wygrzebać z korytka nic do
przygarnięcia. Wraz z nadejściem lata księgarnie zalała kolejna fala
kiczowatych, plażowych romansideł. Co drugie z nich jest bestsellerem, co trzecie
dumnie pręży na okładce niezwykle euforyczne opinie mniej lub bardziej znanych
krytyków. Taki typ książek dla tych,
którzy czytają tylko na plaży i tylko z nudów. Z radośnie barwną okładką i
trochę mniej barwną fabułą opisaną mało barwnym słownictwem. Raz już się nabrałam , optymistycznie
oczekując ciekawej i głębokiej analizy psychologicznej człowieka w „50 twarzach
Grey’a”. Dzisiaj zajrzałam do
korytka, przekopałam się przez kilka
tytułów i recenzji i ostatecznie kupiłam kawę i kanapkę w piekarni
naprzeciwko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz