czwartek, 16 kwietnia 2015

Kizomba

Zawsze unikałam jak ognia wszelkiego rodzaju instrukcji obsługi i opisów budowy sprzętów, maszyn i urządzeń, których używałam. To, co znajdowało się w środku stanowiło dla mnie święta, hermetyczną, nienaruszalną zagadkę spójności i kompatybilności wielu małych części, tworzących razem funkcjonalną całość. Tymczasowe rozmontowanie tej spójności i podjęcie próby zrozumienia zasad obowiązujących we wnętrzu maszyny wydawało się przerastać wielokrotnie moje kompetencje i budziło we mnie zawsze spory niepokój. To, co przestawało działać, lądowało więc dla pewności jeszcze kilka razy na podłodze, a kiedy ten profesjonalny i opatentowany sposób naprawy nie przynosił pożądanego efektu - sprzęt po prostu wychodził z użycia i trafiał gdzieś na półkę lub dno szuflady.
Wygląda jednak na to, że czasem np. w ramach wiosennych porządków, warto podjąć wyzwanie, zajrzeć do środka, rozebrać wszystko stopniowo na czynniki pierwsze, trochę się przy tym namęczyć i napocić, spróbować zmontować je starannie od nowa i z bijącym sercem raz jeszcze wcisnąć przycisk "start". Jak to zresztą zwykle bywa z majsterkowaniem - zostało mi w ręce kilka drobnych części. Najwyraźniej nie były tak niezbędne, jak mi się do tej pory wydawało. Najwyraźniej nie warto czytać instrukcja obsługi skoro nie przewidują dodatkowych wariantów spójności i kompatybilności.

   
           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz