czwartek, 17 marca 2016

Trashroom

Siedzieliśmy w super-bio-vega-organicznym-barze chłepcząc bio-fit-vega-organiczną zupę z pieczonej marchewki z dodatkiem kokosa, imbiru, czerwonego pieprzu i czegoś jeszcze. Cokolwiek to było, na pewno było zdrowe-fit-bio-cud-miód-malina. Najlepszą reklamą owej zupy byli zresztą sami właściciele baru  - radosna, energiczna parka pod sześćdziesiątkę w trampkach i plecionych bransoletkach na nadgarstkach. Na pewno jedli taką zupę codziennie!
Ku naszemu zdumieniu słońce wciąż trzymało się kurczowo nieba, obdarowując nas jeszcze odrobiną różowego światła. Miło z jego strony. Dzięki temu miałam wrażenie jakbym wyszła z pracy wyjątkowo wcześnie i miała jeszcze przed sobą całe popołudnie.

W nagłym przypływie romantyzmu (który również przypisuję działaniu tej szamańskiej zupy), pomyślałam sobie jak dobrze mieć Cię u boku, jak wiele energii i siły mi dodajesz. Grunt to umieć spożytkować tą energię właściwie. Nie latać jak ćma wokół zapalonej żarówki, tracąc tylko siły na latanie w kółko. Podlecieć, ogrzać się i z błyskiem w oczach odlecieć by być silną i odważną ćmą. Drogę do żarówki znajdę przecież zawsze z powrotem, jej światło widać dobrze nawet z daleka. Gdy wrócę mogę opowiedzieć o wszystkich moich przygodach i sukcesach. Po to dajesz mi przecież siłę. Żebym mogła być silna. Nie zależna. Rozumiesz? Nie? To zjedz jeszcze trochę zupy...        


1 komentarz:

  1. Tajest! Niezależne ciemy! Ćmy do kopalni! Odwłocza górą!

    OdpowiedzUsuń