Siedzę przy biurku i spokojnie dopijam kawę, obserwując jak za linią czarnych, poplątanych gałęzi niebo pomalutku robi się ciemnoczerwone. Odkąd pamiętam, okna mojego pokoju zawsze wychodziły na wschód. Ale wschody słońca nigdy nie są takie same. Inne zimą, inne latem, tutaj też są inne niż te "domowe". Nad linią czerwieni rozwija się coraz szersza strefa żółto-beżowego nieba. Szykuje się kolejny pogodny dzień. Swoją drogą nie wiem, czemu nie mogłam spać i siedzę tu teraz z kawą przed oknem. Mój budzik zadzwoni dopiero o ósmej. Ciemnoczerwona strefa właśnie zmieniła się w krwistoczerwoną, nad nią cała gama barw - od żółtego, przez szarawo-fioletowy, aż to lekko przybrudzonego błękitu. Siedzę i obserwuję jak z sekundy na sekundę poszerzają się i mieszają ze sobą kolejne strefy koloru, jak zmieniają się odcienie, jak świat nabiera z powrotem kształtów i odzyskuje detale, które zagubiły się gdzieś w ciemności. Mój budzik właśnie dał o sobie znać. Czas obudzić się z tej nastrojowej zadumy z nosem przy szybie i zabrać się do roboty. Słońce wciąż jeszcze nie pokazało się na horyzoncie. Myślę, że specjalnie gra na zwłokę, buduje napięcie, bawi się kolorami, bawiąc się moim oczekiwaniem. Cóż, nie będe dłużej czekać. I tak trzeba będzie z powrotem zasunąć rolety, kiedy w końcu ukaże się na horyzoncie. Nie da rady czytać, kiedy słońce świeci prosto w oczy.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz