środa, 11 grudnia 2013

10 dni

Znów przerzuciłam się na bieganie po parku - takie moje szczęście - odkąd zapłaciłam za siłownię, codziennie świeci słońce i temperatura jest całkiem znośna. Mając więc do wyboru monotonną bieżnię, do której muszę się najpierw doczołgać u-bahnem lub pusty, słoneczny park za oknem - z reguły nie waham się zbyt długo. Opatentowałam już nawet metodę wydłubywania kamieni i czyszczenia cifem podeszew moich adidasków - żeby z powrotem nadawały się na bieżnię, kiedy pogoda zawiedzie.
Do zapamiętania: nie biegać po parku przed godziną 12.00. Szanowne accuweather poinformowało mnie wprawdzie o odczuwalnej temperaturze +5 stopni... ale warstewka lodu przed wejściem do akademika i mój zamarzający w miejscu oddech miały najwyraźniej inne zdanie na ten temat.

***

Aż wstyd się przyznać, ale w wieży chłopców bardziej świątecznie niż u nas - czwarte piętro rozpoczęło wczoraj masową produkcję świątecznych ciasteczek, którymi dali radę wykarmić wieczorem dziki tłum wygłodniałych i spragnionych cukru studentów. Chylę czoła i podziwiam za motywację, ogrom wykonanej pracy (bo jak się w połowie przepisu okazuje, że nie ma miksera i paru innych istotnych urządzeń - to trzeba sobie radzić inaczej - znaczy się ręcznie) i przede wszystkim umiejętności kulinarnych (podobno głodnemu studentowi smakuje wszystko, ale wczorajsze ciastka były jednymi z lepszych, jakie jadłam).
Na trzecim piętrze stoi natomiast prawdziwa, żywa, ubrana choinka... podobno znaleziona (pozostawię bez komentarza).
Tymczasem z ogromu naszych świątecznych pomysłów zrealizowałam tylko 4 adwentowe świeczki na kuchennym stole (i tak nikt ich nie rozpala). Kolorowych papierów i folii wprawdzie ci u nas dostatek - ale brak kleju/ zszywacza/ taśmy klejącej + kompletny brak umiejętności manualno-artystycznych sprawiły, że pozostaje nam odpalić od czasu do czasu te świeczki na kuchennym stole i przyglądać się przez okno rozświetlonej choince w wieży obok.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz