poniedziałek, 2 lutego 2015

brunch

- Puk puk - T. wystawił nieśmiało głowę zza futryny i rozejrzał się zdezorientowany.
- No cześć... - odłożyłam książkę, oczekując, że wejdzie albo powie coś więcej. Zamiast tego zapadła kilkusekundowa cisza.
- A nic, tak wpadłem. W sumie to zabłądziłem w drodze do sypialni - wyszczerzył zęby i wycofał się do swojego pokoju. 

To był chyba najwyższy czas na zmiany. Ten dom jest jakby bardziej domem. Ze wspólnymi weekendowymi śniadaniami, poranną kawą w jednakowych kubeczkach i wieczornym siedzeniem przy kominku. Wciąż jesteśmy nierozpakowani, chaotyczni i pogubieni. Wciąż mylimy włączniki światła, otwieramy niewłaściwe szuflady w kuchni i budzimy się rano w "obcych" pokojach. A mimo to jakoś tak serdeczniej, pozytywniej i bardziej rodzinnie.
"Stałam w tym korku ponad 40 minut i byłam wściekła, ale jak już w końcu podjechałam pod dom i zaparkowałam, to aż się uśmiechnęłam sama do siebie. W końcu to moje wielkie marzenie. I to marzenie w końcu się spełniło."      
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz