środa, 7 maja 2014

2 dni

Znalazłam Z. siedzącą samą w kuchni, nad nadgryzioną kanapką z serem, z miną zbitego psa i z telefonem przy uchu. Nawet na mnie nie spojrzała, ze wzrokiem wbitym w kanapkę wyszeptała tylko parę pełnych żalu słów do telefonu. Nie musiałam nawet pytać, kto jest po drugiej stronie. W tej deszczowej, mokrej, szarej kuchennej scenerii wyglądała naprawdę przygnębiająco. Postawiłam jej kilka truskawek koło nadgryzionej kanapki i wróciłam z powrotem do pokoju. 
Tęsknota to takie podłe, zdradliwe i niewdzięczne stworzenie. Bardzo szybko przeradza się w rozgoryczenie i żal. Niby nic wielkiego. Żadnych poważnych, konkretnych dolegliwości. Konkretne dolegliwości są lepsze - jak wiadomo gdzie boli to z reguły wiadomo co z tym zrobić. Gorzej, gdy mamy do czynienia z bliżej nieokreślonym, przewlekłym choć niezbyt nasilonym uczuciem dyskomfortu. Ani to właściwie opisać, ani zdiagnozować, ani wyleczyć. Nic nie boli, ale coś przeszkadza. Niby wszystko w porządku, ale czegoś brakuje. A my przyzwyczailiśmy się przecież, że nawet problem łamliwych paznokci można rozwiązać, połykając magiczną tabletkę.  Niewłaściwie potraktowana tęsknota zaczyna więc produkować złe emocje, skutkuje utratą nastroju i depresją. Błędne koło mające swój początek gdzieś nad nadgryzioną kanapką z serem. 
I tak sobie myślę, że jedynym sposobem jest potraktować tęsknotę nie względem teraźniejszości, ale przeszłości i przyszłości. Nie skupiać się na dolegliwościach. Ale na przyczynach. Bo skoro tęsknota pojawiła się teraz, to znaczy, że w przeszłości wydarzyło się coś pozytywnego, za czym teraz tęsknimy. I że w przyszłości pewnie znów wydarzy się coś dobrego, tęsknota nie trwa przecież wiecznie. Wiadomo, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mam tylko nadzieję, że te truskawki koło kanapki z serem natchną Z. do podobnych przemyśleń. Tym bardziej, że za oknem znowu świeci już słońce. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz