"Ty to jednak nie jesteś normalna. Jedziesz przez dwa kraje, osiem godzin w samochodzie w dżinsach i sandałkach na koturnie".
Znów jestem tu. Tak jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała.
Historia zatoczyła krąg. Ostatniej nocy siedzieliśmy w tej samej pizzerii, jadłam tą samą pizzę, czułam ten sam niepokój i łaskotanie w żołądku. Tylko tym razem obsługiwał nas kelner z Kolumbii, nie stresowałam się, że muszę złożyć zamówienie po niemiecku, wino było lepsze i przy naszym poprzednim stoliku było nam trochę za gorąco, więc siedliśmy bliżej wyjścia.
- Masz, kup jakieś dobre wino dla swoich kolegów na pożegnanie.
- T. za 10 euro to ja kupię 5 butelek wina na pożegnanie.
Tak też zrobiłam.
W naszej kuchni przy świetle świec słuchaliśmy Myslowitz i trochę się upiłam.
M. kaszlała tej nocy jeszcze gorzej, a R. nie chrapał wcale tak głośno, jak zapowiadał.
Zostawiłam walizkę pod biurkiem D.
I przespałam pół drogi do domu na tylnym siedzeniu w samochodzie.
I tym sposobem znów jestem tu.
Znów jeżdżę moją czerwoną strzałą (nie, T., nie zapomniałam jak się jeździ!).
Znów biegam nad Odrą. I jakoś mi tak nudno bez wszystkich tych zakrętów, zmian krajobrazów, owiec, królików, wielkich drapieżnych ptaków krążących mi nad głową, bez wzniesień i spadków terenu.
Znów gotuję obiad dla czterech osób. Tylko tym razem w zepsutym piekarniku i potem muszę się tłumaczyć, dlaczego upiekłam te ziemniaki (przecież to tyle kalorii!)
Znów rozrzucam swoje rzeczy na dole, zapominam czegoś z góry i nieustannie kursuję po skrzypiących schodach pomiędzy moimi dwoma domami.
Wrócę. Tam. Tylko dokończę tu parę spraw, pozałatwiam co trzeba. Nie przyzwyczajajcie się. Towar eksportowy.
Znów jestem tu. Tak jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała.
Historia zatoczyła krąg. Ostatniej nocy siedzieliśmy w tej samej pizzerii, jadłam tą samą pizzę, czułam ten sam niepokój i łaskotanie w żołądku. Tylko tym razem obsługiwał nas kelner z Kolumbii, nie stresowałam się, że muszę złożyć zamówienie po niemiecku, wino było lepsze i przy naszym poprzednim stoliku było nam trochę za gorąco, więc siedliśmy bliżej wyjścia.
- Masz, kup jakieś dobre wino dla swoich kolegów na pożegnanie.
- T. za 10 euro to ja kupię 5 butelek wina na pożegnanie.
Tak też zrobiłam.
W naszej kuchni przy świetle świec słuchaliśmy Myslowitz i trochę się upiłam.
M. kaszlała tej nocy jeszcze gorzej, a R. nie chrapał wcale tak głośno, jak zapowiadał.
Zostawiłam walizkę pod biurkiem D.
I przespałam pół drogi do domu na tylnym siedzeniu w samochodzie.
I tym sposobem znów jestem tu.
Znów jeżdżę moją czerwoną strzałą (nie, T., nie zapomniałam jak się jeździ!).
Znów biegam nad Odrą. I jakoś mi tak nudno bez wszystkich tych zakrętów, zmian krajobrazów, owiec, królików, wielkich drapieżnych ptaków krążących mi nad głową, bez wzniesień i spadków terenu.
Znów gotuję obiad dla czterech osób. Tylko tym razem w zepsutym piekarniku i potem muszę się tłumaczyć, dlaczego upiekłam te ziemniaki (przecież to tyle kalorii!)
Znów rozrzucam swoje rzeczy na dole, zapominam czegoś z góry i nieustannie kursuję po skrzypiących schodach pomiędzy moimi dwoma domami.
Wrócę. Tam. Tylko dokończę tu parę spraw, pozałatwiam co trzeba. Nie przyzwyczajajcie się. Towar eksportowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz