wtorek, 5 sierpnia 2014

WhatsApp

"Ty to jednak nie jesteś normalna. Jedziesz przez dwa kraje, osiem godzin w samochodzie w dżinsach i sandałkach na koturnie".

Znów jestem tu. Tak jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała.
Historia zatoczyła krąg. Ostatniej nocy siedzieliśmy w tej samej pizzerii, jadłam tą samą pizzę, czułam ten sam niepokój i łaskotanie w żołądku. Tylko tym razem obsługiwał nas kelner z Kolumbii, nie stresowałam się, że muszę złożyć zamówienie po niemiecku, wino było lepsze i przy naszym poprzednim stoliku było nam trochę za gorąco, więc siedliśmy bliżej wyjścia.
- Masz, kup jakieś dobre wino dla swoich kolegów na pożegnanie.
- T. za 10 euro to ja kupię 5 butelek wina na pożegnanie.
Tak też zrobiłam.
W naszej kuchni przy świetle świec słuchaliśmy Myslowitz i trochę się upiłam.
M. kaszlała tej nocy jeszcze gorzej, a R. nie chrapał wcale tak głośno, jak zapowiadał.
Zostawiłam walizkę pod biurkiem D.
I przespałam pół drogi do domu na tylnym siedzeniu w samochodzie.
I tym sposobem znów jestem tu.
Znów jeżdżę moją czerwoną strzałą (nie, T., nie zapomniałam jak się jeździ!).
Znów biegam nad Odrą. I jakoś mi tak nudno bez wszystkich tych zakrętów, zmian krajobrazów, owiec, królików, wielkich drapieżnych ptaków krążących mi nad głową, bez wzniesień i spadków terenu.
Znów gotuję obiad dla czterech osób. Tylko tym razem w zepsutym piekarniku i potem muszę się tłumaczyć, dlaczego upiekłam te ziemniaki (przecież to tyle kalorii!)
Znów rozrzucam swoje rzeczy na dole, zapominam czegoś z góry i nieustannie kursuję po skrzypiących schodach pomiędzy moimi dwoma domami.

Wrócę. Tam. Tylko dokończę tu parę spraw, pozałatwiam co trzeba. Nie przyzwyczajajcie się. Towar eksportowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz