Rozłożyliśmy się na sofach i fotelach - każdy z nosem w telefonie, każdy z butelką innego piwa. Zasłuchani w dźwiękach playlisty, wybranej specjalnie dla nas przez Spotify, specjalnie na dzisiejszy wieczór. Specjalnie po to by podstępnie nas uśpić. Nie mieliśmy już nawet siły podtrzymywać dalej rozmowy. Wystarczająco dużo niemieckiego, jak na jeden weekend. Dopiłam piwo do połowy i dopiero zdałam sobie sprawę, że znaczek na butelce nie wskazał jeszcze jego prawidłowej temperatury. Ignorantka ze mnie. Tak dawno nie piłam już piwa, że nawet przy tej nieodpowiedniej temperaturze smakowało jak marzenie i szybko wypłukało resztki porannych nerwów z głowy, zastępując je uczuciem słodko-mętnym, jakby lekko odległym i zdecydowanie lżejszym, niż te świeżo wypłukane nerwy. Można było podjąć przerwaną dyskusję od nowa. Mój język ogłosił własnie częściową autonomię, niemiecka gramatyka i poprawna konstrukcja zdania zeszły gdzieś na dalszy plan, a tematy do rozmowy odnalazły się same, pomiędzy jednym a drugim łykiem pociągniętym łapczywie z dna butelki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz