Wczorajszy
wieczór jak zwykle skończył się na nieruchomym wgapianiu się w ogień tańczący i
strzelający za szybą kominka. A miałam uczyć się ortopedii. Zamiast tego
skupiłam się na maltretowaniu kota kilkoma wyświechtanymi utworami zapętlonymi
i powtórzonymi po tylekroć, że w końcu zlały się w jedną całość z otoczeniem,
chemicznie połączyły z cząsteczkami powietrza w pokoju, wrosły w ściany, osiadły
na dnie kominka razem z popiołem. Kot pozostał natomiast niewzruszony i
niewrażliwy na ich silne przyciąganie. Zdecydowanie bardziej przyciągało go
ciepło kominkowej szyby i moje kolana.
Dzisiejszy
poranek jest tak szary, że mógłby bez problemu być wczorajszym wieczorem. W
kominku spiętrzyła się warstwa popiołu. Zmieniłam jedynie kąt siedzenia na
kanapie i z resztką stygnącej kawy wgapiam się tym razem w pustą przestrzeń za
oknem. Czekam na grom z jasnego nieba. Chyba. Czekam na jakiś znak, gest,
błyskawicę, wielki przewrót, zielone światło. Czekam na coś, co przerwie tę
ciszę, nieruchomy krajobraz. Nie wiem właściwie do końca, na co czekam. Może
wcale nie czekam? Może po prostu monotonia porannego widoku przez okno i ciepło
wieczornego kominka są czymś w rodzaju stabilnego i statycznego wzoru, według
którego powinnam poukładać wreszcie wnętrze mojej głowy? Może przydałoby mi się
bardziej niż ten grom z jasnego nieba? A może tylko dorabiam sobie skomplikowane
teorie do mojej niechęci względem ortopedii?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz