niedziela, 18 stycznia 2015

Do the right thing.

Wczorajszy wieczór jak zwykle skończył się na nieruchomym wgapianiu się w ogień tańczący i strzelający za szybą kominka. A miałam uczyć się ortopedii. Zamiast tego skupiłam się na maltretowaniu kota kilkoma wyświechtanymi utworami zapętlonymi i powtórzonymi po tylekroć, że w końcu zlały się w jedną całość z otoczeniem, chemicznie połączyły z cząsteczkami powietrza w pokoju, wrosły w ściany, osiadły na dnie kominka razem z popiołem. Kot pozostał natomiast niewzruszony i niewrażliwy na ich silne przyciąganie. Zdecydowanie bardziej przyciągało go ciepło kominkowej szyby i moje kolana.
Dzisiejszy poranek jest tak szary, że mógłby bez problemu być wczorajszym wieczorem. W kominku spiętrzyła się warstwa popiołu. Zmieniłam jedynie kąt siedzenia na kanapie i z resztką stygnącej kawy wgapiam się tym razem w pustą przestrzeń za oknem. Czekam na grom z jasnego nieba. Chyba. Czekam na jakiś znak, gest, błyskawicę, wielki przewrót, zielone światło. Czekam na coś, co przerwie tę ciszę, nieruchomy krajobraz. Nie wiem właściwie do końca, na co czekam. Może wcale nie czekam? Może po prostu monotonia porannego widoku przez okno i ciepło wieczornego kominka są czymś w rodzaju stabilnego i statycznego wzoru, według którego powinnam poukładać wreszcie wnętrze mojej głowy? Może przydałoby mi się bardziej niż ten grom z jasnego nieba? A może tylko dorabiam sobie skomplikowane teorie do mojej niechęci względem ortopedii?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz