Wozimy się po nowym osiedlu z kotem na smyczy. Pod osłoną
nocy, żeby wstydu kotu na dzielnicy nie robić. Tym bardziej, że kot na smyczy
chodzi tyłem. My natomiast na drugim
końcu smyczy chodzimy bokiem, starając się omijać największe błoto, stosy
cegieł, kontenery pełne resztek materiałów budowlanych i hałdy piasku. W tych
ubłoconych butach, ubłoconym samochodem, wracamy do miasta tylko w razie konieczności,
robiąc zakupy z wyprzedzeniem na kilka kolejnych dni.
Nowe domy pachną dziwnie i wydają w nocy dziwne odgłosy. W
połączeniu z odgłosami wyjącego kota, który tęskni chyba za życiem bez błota,
stosów cegieł i smyczy, oznacza to tylko kolejne nieprzespane noce i kolejne
nocne dochodzenia i przeszpiegi. Wiatr wieje tu inaczej. Inaczej kapie woda pod
prysznicem. inaczej brzmią nocne pielgrzymki do łazienki, inaczej pracuje
lodówka.
Uwielbiam wieczory przy kominku, rozpalanym na razie z
czystej ciekawości i dla zabawy.
Uwielbiam poranną kawę z widokiem na szczere pole i te góry
błota, które podobno są naszym ogrodem.
Uwielbiam tą ciszę, pustkę i spokój. Nawet chwilowy brak Internetu
okazał się być źródłem zbawiennego dystansu i narodzin kilku nowych, ważnych
wniosków i perspektyw.
H. puściła właśnie z dymem całą paczkę chusteczek
higienicznych i pół opakowania zapałek rozpalając kolejną porcję drewna z
garażu. Do odznaki dzielnego skauta jeszcze długa droga.
Spadaj.
OdpowiedzUsuń