sobota, 10 stycznia 2015

Dublin, Basel, Dortmund, Stuttgart

Wozimy się po nowym osiedlu z kotem na smyczy. Pod osłoną nocy, żeby wstydu kotu na dzielnicy nie robić. Tym bardziej, że kot na smyczy chodzi tyłem.  My natomiast na drugim końcu smyczy chodzimy bokiem, starając się omijać największe błoto, stosy cegieł, kontenery pełne resztek materiałów budowlanych i hałdy piasku. W tych ubłoconych butach, ubłoconym samochodem, wracamy do miasta tylko w razie konieczności, robiąc zakupy z wyprzedzeniem na kilka kolejnych dni.
Nowe domy pachną dziwnie i wydają w nocy dziwne odgłosy. W połączeniu z odgłosami wyjącego kota, który tęskni chyba za życiem bez błota, stosów cegieł i smyczy, oznacza to tylko kolejne nieprzespane noce i kolejne nocne dochodzenia i przeszpiegi. Wiatr wieje tu inaczej. Inaczej kapie woda pod prysznicem. inaczej brzmią nocne pielgrzymki do łazienki, inaczej pracuje lodówka.
Uwielbiam wieczory przy kominku, rozpalanym na razie z czystej ciekawości i dla zabawy.
Uwielbiam poranną kawę z widokiem na szczere pole i te góry błota, które podobno są naszym ogrodem.
Uwielbiam tą ciszę, pustkę i spokój. Nawet chwilowy brak Internetu okazał się być źródłem zbawiennego dystansu i narodzin kilku nowych, ważnych wniosków i perspektyw.

H. puściła właśnie z dymem całą paczkę chusteczek higienicznych i pół opakowania zapałek rozpalając kolejną porcję drewna z garażu. Do odznaki dzielnego skauta jeszcze długa droga. 

1 komentarz: