piątek, 25 lipca 2014

die Faulheit

Zasnęłam na trawniku przed szpitalem w czasie naszej przerwy śniadaniowej. Obudziła mnie dopiero mrówka, która postanowiła skorzystać z okazji i zwiedzić wnętrze mojego prawego ucha. K. i A. z uśmiechem pełnym zrozumienia odprowadzili mnie prosto pod stoliczek z kawą na oddziale. Czwarta kawa w przeciągu 6 godzin. Druga nieprzespana noc z rzędu. Właściwie miałam zamiar zostać tego dnia w łóżku, ale o 5.30 rano D. znów włączyła muzykę na pełny regulator - tym razem żeby posprzątać po imprezie. Doszłam do wniosku, że w szpitalu będzie ciszej więc poszłam do kuchni poszukać jakiegoś śniadania.
- Melanż roku, co nie?! - D. przywitała mnie radośnie. Wciąż miała na sobie kieckę, która opinała jej zgrabny tyłek tak, że nawet ja nie mogłam wczoraj oderwać od niej wzroku. Tylko makijaż trochę jej się rozmazał i nie wiem skąd wzięła krawat, którym przewiązała sobie głowę niczym Rambo. 
- Hę? - zachrypiałam - mamy jakieś czyste kubki?
- Chyba nie. Ale mamy jeszcze trochę wina. Chcesz?

***

Wieczorem znów siedziałyśmy w kuchni. Za kaucję po wszystkich zebranych po imprezie butelkach kupiłyśmy dwa duże pudełka lodów, bitą śmietanę i polewę czekoladową. Dla równowagi D. i K. pokropiły swoje miseczki sporą porcją pożegnalnych łez. Uściski, łzy, anegdotki, wspomnienia, zdjęcia, mentolowe papierosy. Na koniec i tak musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć: "to do jutra, śpij dobrze!". 

Zaczęło się, cholera. Zaczęło się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz