środa, 15 października 2014

Mejor pedir perdón que permiso

M. wpadła do sali jak zwykle uroczo zarumieniona na policzkach i jak zwykle w dobrym nastroju. Patrząc na jej uśmiech od samego wejścia, zastanawiałam się, jak ona to robi, ze już od samego rana jest rześka, kwitnąca i gotowa do działania. Mnie o tej porze dnia nie ożywia nawet radio włączone podczas jazdy na pełny regulator, a poranne prelekcje przed częścią ćwiczeniową zajęć rzadko kiedy wnoszą coś konstruktywnego do mojej edukacji. Z reguły po 20 minutach zdaję sobie sprawę, że tępo wpatrzona w jeden punkt na ścianie, odpłynęłam myślami do krainy radosnych bezmózgowców.  
- Ej, w macu rozdają dziś kawę za darmo.
- Jak to za darmo?!
- No za darmo. Do jedenastej chyba kawa nic nie kosztuje. Taka promocja.
- To idziemy!
- Nie zdążycie. Zostało 7 minut do prelekcji.
Obrzuciłyśmy A. wymownym spojrzeniem. Ale A. nie pija kawy więc niech będzie jej wybaczone. Dla mnie ta kawa mogła być ratunkiem na dzisiejszych zajęciach. Energiczny spacer do maca + dodatkowa dawka kofeiny! A prelekcja nie zając. Nie ucieknie. Wpadłyśmy na nią spóźnione, z czterema gorącymi kubeczkami w dłoni. Pociągnęłam spory łyk i skupiłam wszystkie dotychczas obudzone i uruchomione synapsy mózgowe na wyświetlanych slajdach. Żeby jednak nie trzymać szanownych Czytelników we wzrastającym napięciu, dodam od razu, że mój zapał do zdobywania nowej wiedzy nie potrwał zbyt długo. Podobno natężony wysiłek fizyczny z pominięciem rozgrzewki grozi kontuzją. Mam nadzieję, że ta zasada nie dotyczy komórek mózgowych. Tak czy siak - jak prawda (?) prelekcja prowadzona jest prawda (?) w taki prawda (?) sposób to ani spacer ani najlepsze chęci ani nawet ta prawda (?) darmowa kawa nie pomogą. Prawda?


1 komentarz: