"Zostawiłam/em tam jakąś cząstkę siebie" - słyszę często od tych, którzy tak jak ja wrócili i tęsknią.
Nie wiem czym jest ta magiczna "cząstka". Nie wiem na czym dokładnie polega tęsknota. Zostawiłam tam na pewno sporo odcisków moich palców. Jeszcze więcej włosów, śladów stóp, naskórka, kropli potu, kilka łez. Zostawiłam trochę jedzenia w lodówce, część moich notatek w pokoju D. Zostawiłam kilka drobiazgów, które ostatecznie nie zmieściły się do walizki. Za nimi tęsknię? Za moimi odłączonymi atomami zgubionymi gdzieś w przestrzeni daleko stąd? Widzisz, ja zawsze byłam tu. Zawsze w tym samym mieście. Chyba więc nigdy wcześniej za niczym tak naprawdę nie tęskniłam. Nie musiałam. A tęsknota jest jednym z tych skomplikowanych uczuć, które ciężko opisać czy chociaż przypisać jednoznacznie do kategorii: "negatywne/ pozytywne". Jak w przypadku każdego nowego uczucia, będę musiała nauczyć się przerabiać ją na coś przydatnego, wartościowego i trwałego. Nie cierpię marnować uczuć. Jeszcze nie wiem jak będzie smakować ani jaką będzie miała konsystencję. Jeszcze nie odgadłam czy lepiej będzie ją ugotować czy zamarynować, jak szybko się psuje i jak należy ją przechowywać. Na razie wiem, że wymaga ode mnie sporo pokory i cierpliwości - takiej długoterminowej, cichej i konsekwentnej. Na razie widzę też, że przyniosła odrobinę dystansu do świata, trochę nadziei i trochę nowej motywacji. Może więc ostatecznie okaże się nie taka gorzka, jak przewidywałam na początku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz