H. wpadła do kuchni, by triumfalnie oznajmić, że sprawdziła dietę dopasowaną do jej grupy krwi i okazało się, że jej pomysł na zostanie weganką nie był żadną fanaberią bo ani H. ani jej erytrocyty nie trawią mięsa, mleka ani jajek. W jej krwi powinny zatem krążyć same warzywa i owoce, a jej organizm po prostu domagał się tego, co dla niego najzdrowsze - stąd cały pomysł, żadne tam uleganie przejściowej modzie.
Z ciekawości zajrzałam więc, co specjaliści od wszystkiego wywróżyli z moich czerwonokrwinkowych antygenów. Zajrzałam i pożałowałam. Bo o ile całkiem chętnie wzbogaciłabym moją dietę o więcej świeżych warzyw i owoców, o tyle nie wyobrażam sobie zrezygnować ze WSZYSTKIEGO co jeść i pić uwielbiam na rzecz... mięsa. I w zasadzie tylko mięsa. Moja błękitna krew domaga się krwi! Nie mleka, nie jogurtów, nie płatków owsianych ani nawet jajek. Moja krew chce mięsa. Codziennie. Na śniadanie, obiad i kolację. No ewentualnie jak do tego mięsa kawałek jakiejś zieleniny wpadnie to też łaskawie strawi. Ale bez stejków ani rusz.
Zastanawiający jest jedynie fakt, dlaczego wszechwiedzące i prorocze erytrocyty H. dały radę skontaktować się z podświadomością i ostrzec ją przed niebezpieczeństwem niewłaściwego odżywiania, podczas gdy moje milczały przez 25 lat, tolerując grzecznie moją mało drapieżną dietę. A może moje erytrocyty świadomie dążą do samozagłady, pozwalając mi faszerować się bezkarnie nabiałem i owocami? Jedno jest pewne - stu lat jak jakieś zasuszone chińskie babcie nie dożyję.
Z ciekawości zajrzałam więc, co specjaliści od wszystkiego wywróżyli z moich czerwonokrwinkowych antygenów. Zajrzałam i pożałowałam. Bo o ile całkiem chętnie wzbogaciłabym moją dietę o więcej świeżych warzyw i owoców, o tyle nie wyobrażam sobie zrezygnować ze WSZYSTKIEGO co jeść i pić uwielbiam na rzecz... mięsa. I w zasadzie tylko mięsa. Moja błękitna krew domaga się krwi! Nie mleka, nie jogurtów, nie płatków owsianych ani nawet jajek. Moja krew chce mięsa. Codziennie. Na śniadanie, obiad i kolację. No ewentualnie jak do tego mięsa kawałek jakiejś zieleniny wpadnie to też łaskawie strawi. Ale bez stejków ani rusz.
Zastanawiający jest jedynie fakt, dlaczego wszechwiedzące i prorocze erytrocyty H. dały radę skontaktować się z podświadomością i ostrzec ją przed niebezpieczeństwem niewłaściwego odżywiania, podczas gdy moje milczały przez 25 lat, tolerując grzecznie moją mało drapieżną dietę. A może moje erytrocyty świadomie dążą do samozagłady, pozwalając mi faszerować się bezkarnie nabiałem i owocami? Jedno jest pewne - stu lat jak jakieś zasuszone chińskie babcie nie dożyję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz