- Dlaczego jest tyle piosenek o miłości? - zapytałam mamę, kiedy miałam może 5-6 lat.
- Bo to jest chyba to, co w życiu człowieka jest najważniejsze. To, czego szukamy i czego najbardziej potrzebujemy. Człowiek bez miłości jest nieszczęśliwy.
Wtedy, otoczona ze wszystkich stron miłością i uwagą rodziców i dziadków, nie do końca rozumiałam, dlaczego ludzie mieliby jej szukać, albo za nią tęsknić. Była przecież dookoła.
Dlaczego teraz o tym? Bo moja burza hormonalna wprawia mnie ostatnio w dziwnie refleksyjne nastroje. Bo dziś o 10.00 rano, w ten nieprzyzwoicie słoneczny, październikowy dzień, wysiadłam z samochodu razem z walizką pełną książek medycznych z poprzednich lat studiów. Sprzedałam je wszystkie błyskawicznie tłumowi przestraszonych "pierwszaków", studząc przy okazji nieco ich histeryczne nastroje. Nie, anatomia to nie koniec świata. Tak, da się przeżyć te studia. Nie, nie uczyłam się całymi nocami, nie umarłam, nic nie ćpałam, nie polecam.
Mój ostatni rok studiów. Naprawdę? To już? To ten moment, kiedy mogę nieśmiało podnieść paluszek w górę i zgłosić swoje plany, oczekiwania i pomysły na przyszłość? Nie tylko na kolejną sesję, albo to, co po niej, ale wyjrzeć ostrożnie gdzieś tam dalej, poza horyzont - na morze opcji i możliwości? Zadecydować sama i wypłynąć samotnie i samodzielnie na nowe wody?
Bo wczoraj wieczorem wracałam samochodem przez opustoszałe miasto. Słuchając nieśmiertelnych, wypłowiałych i sfatygowanych przebojów z radia (tak, właśnie o miłości), obserwowałam wielki nieruchomy księżyc wśród gałęzi drzew. Ceteris paribus czas ustalić nowe priorytety i cele. Te długoterminowe, te ważne i ważniejsze. Bez planu przecież ani rusz, prawda, M.?
- Bo to jest chyba to, co w życiu człowieka jest najważniejsze. To, czego szukamy i czego najbardziej potrzebujemy. Człowiek bez miłości jest nieszczęśliwy.
Wtedy, otoczona ze wszystkich stron miłością i uwagą rodziców i dziadków, nie do końca rozumiałam, dlaczego ludzie mieliby jej szukać, albo za nią tęsknić. Była przecież dookoła.
Dlaczego teraz o tym? Bo moja burza hormonalna wprawia mnie ostatnio w dziwnie refleksyjne nastroje. Bo dziś o 10.00 rano, w ten nieprzyzwoicie słoneczny, październikowy dzień, wysiadłam z samochodu razem z walizką pełną książek medycznych z poprzednich lat studiów. Sprzedałam je wszystkie błyskawicznie tłumowi przestraszonych "pierwszaków", studząc przy okazji nieco ich histeryczne nastroje. Nie, anatomia to nie koniec świata. Tak, da się przeżyć te studia. Nie, nie uczyłam się całymi nocami, nie umarłam, nic nie ćpałam, nie polecam.
Mój ostatni rok studiów. Naprawdę? To już? To ten moment, kiedy mogę nieśmiało podnieść paluszek w górę i zgłosić swoje plany, oczekiwania i pomysły na przyszłość? Nie tylko na kolejną sesję, albo to, co po niej, ale wyjrzeć ostrożnie gdzieś tam dalej, poza horyzont - na morze opcji i możliwości? Zadecydować sama i wypłynąć samotnie i samodzielnie na nowe wody?
Bo wczoraj wieczorem wracałam samochodem przez opustoszałe miasto. Słuchając nieśmiertelnych, wypłowiałych i sfatygowanych przebojów z radia (tak, właśnie o miłości), obserwowałam wielki nieruchomy księżyc wśród gałęzi drzew. Ceteris paribus czas ustalić nowe priorytety i cele. Te długoterminowe, te ważne i ważniejsze. Bez planu przecież ani rusz, prawda, M.?
PLAN jest absolutnie niezbedny Gdyby nie plan na pewno bysmy nie zdarzyly
OdpowiedzUsuńM,