Aż trudno uwierzyć, że kończymy studia. 6 lat wydawało się być wiecznością. 6 lat minęło jak kilka chwil. Młodzi, piękni, pełni entuzjazmu i zapału. Tacy powinniśmy być. Tak zawsze nas sobie wyobrażałam. Powinniśmy czuć się jak władcy wszechświata, jak kibice po wygranym meczu. Dumni . Niepokonani. Euforyczni. My natomiast zamykamy się w sobie, wpadamy w depresję lub w panice przewracamy swoje życie do góry nogami. W popłochu szukamy partnera na resztę życia, planu awaryjnego albo drogi ucieczki za granicę. Zrywamy kontakty, niszczymy przyjaźnie, dziwaczejemy. Z niepokojem zerkamy na kartki kalendarza, z niepokojem patrzymy w przyszłość. Tyle planów i oczekiwań do spełnienia, Tyle priorytetów do pogodzenia. Tyle niewiadomych i zmiennych. Szukamy znaków na Niebie i Ziemi. Nowych systemów wartości. Właściwych dróg.Wskazówek i podpowiedzi. Może 6 lat trwało jednak za długo i po drodze utraciliśmy zdolność ewolucji i przystosowywania się do nowego systemu. Innego niż ten uczelniany.
Słońce, bo dopiero teraz tak naprawdę stajemy się dorośli. Dopiero teraz MUSIMY podjąć decyzję. A przecież tak wygodnie gdy ktoś podejmuje je za nas.
OdpowiedzUsuń