Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem obudziłam się w ten sposób. Sama. Nie za sprawą natrętnego budzika. Chyba bardziej za sprawą ptaków szalejących za oknem i słońca, które zdażyło nagrzać już pokój i świeciło mi teraz prosto w oczy. Na stole butelka z resztką wczorajszego wina. Otwieranie wina bez użycia korkociągu trzeba będzie jeszcze potrenować.
31. stycznia. Niebo jest kiczowato niebieskie. Spacerujemy brzegiem jeziorka i kołyszemy się na pomoście, obserwując kaczki i łabędzie przepływające nieopodal. Nie dostały nic do jedzenia, nasyczały na nas i popłynęły dalej. Siedzę w cieniutkim sweterku i mrużę oczy w słońcu. Mogłabym siedzieć tu cały dzień. Wpadłam do innej bajki. Zostaję. Proszę mnie nie szukać, nie przeszkadzać. Nie wrócę zbyt szybko.
Wiesz, jeszcze nigdy nie przygotowywałam śniadania z gitarowym podkładem w tle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz